Ostatnio dzieje się tyle, że z trudem nadążam układać to wszystko w głowie. Pod koniec stycznia dostałam propozycję pracy w radiu, niestety internetowym, ale za to z prawdziwego zdarzenia - z własną siedzibą i profesjonalnym sprzętem. Cieszyłam się jak dziecko, choć rzecz jasna - o wynagrodzeniu, póki co nie było mowy. Pomyślicie, że to wybredność, bo przecież cały czas chciałam wrócić do eteru, nie ważne jakiego. Diabeł tkwi jednak w szczegółach. Podeszłam do tego bardzo poważnie. Denerwowałam się jeszcze dzień przed pierwszą audycją. Eldo i Diox zapowiedzieli się jako goście. Nie dotarli. Pomyślałam jednak, że to będzie próba - czy poradzę sobie w pojedynkę z mikrofonem i dźwiękami - znowu. Robiłam to przecież nie raz. Audycja minęła, dotrwałam do końca i choć nie byłam z tego powrotu zadowolona, coś w środku mówiło mi, że będzie dobrze. Do drugiej odsłony "Analog Girl" (bo tak nazwałam swoje 2 godziny na antenie)przygotowywałam się już na 2 dni wcześniej. Zaprosiłam Grocha, gadaliśmy o podsumowaniu roku w USA. Było miło, choć jak okazało się później - technika zawiodła. Na antenę weszliśmy po niemałych trudach z ustawieniem majka, po pół godzinie. Na dodatek wciąż zacinało kawałki, radio się buforowało - jednym słowem, lipa. Zraziłam się piekielnie, tym bardziej, że pozostawiono mnie samej sobie - zero wsparcia technicznego. Nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Rozum mówi, by rzucić to w jasną cholerę, skoro nie jest jeszcze za późno, ale serce poczuło się znów wielkie i silne. Do tego dochodzą wyjazdy, wydatki i tak dalej... a że czas studiów już minął, nie wolno mi myśleć tylko emocjami. Jestem w kropce.
Gazeta pochłania mnie bez reszty. Momentami czuję nawet, że się tym wszystkim dławię. Wiedziałam, że tak będzie, to przecież oczywiste - w końcu jestem dziennikarzem pracującym w innej sferze tematycznej, niż by chciał. Mówi się trudno, żyje się dalej. A jednak ciągle brakuje mi wewnętrznego zadowolenia z samej siebie.
Nie piszę już poza gazetą, no chyba, ze weźmiemy pod uwagę prace licencjackie na zlecenie - tych jest sporo. Ciekawe tylko, czy kiedykolwiek odważę się powiedzieć: dość!?
Apropos muzyki - znów przy niej zasypiam. To miłe móc wracać do dźwięków. Niedługo napiszę o minionych 12 miesiącach w świecie brzmień, a przynajmniej mam taką nadzieję, bo pisać jest naprawdę o czym...
A póki co pani Badu w genialnym show Russela Simonsa, prowadzonego przez mojego ulubieńca. Def Poetry proszę państwa!
Ill Clinton – Gun Powder Cologne (2026)
17 godzin temu
