Obejrzałam w ten weekend dwa bardzo dobre filmy, choć w zasadzie nie - obejrzałam 2 przegenialne twory amerykańskiej kinematografii.
Po pierwsze "Wrogowie Publiczni", po których popłakałam się jak dziecko. Naprawdę dawno już żaden film nie zrobił na mnie tak ogromnego wrażenia. Historia jednego z największych przestępców minionego wieku, Johna Dillingera opowiedziana w tak zaskakujący, ciekawy sposób. Rzecz jasna nie obyło się bez pościgów i strzelanin. W końcu o to chodziło w Chicago lat 30. Jednak oglądając powalajacego wprost na kolana Johnnego Deppa chciało się stanąć gdzieś obok niego. Zepełnie jakby tamten świat miał w sobie o wiele więcej klasy i smaku niż czas, w którym dziś żyjemy. A przynajmniej tą klasę mieli ówcześni rabusie, który w eleganckich garniturach, stylowych kapeluszach i drogich płaszczach na kozaku wchodzili do banku nie dając nikomu szansy na ich powstrzymanie. Damn! Naprawdę chciałabym tam wtedy być. No i wątek miłosny jak z bajki, choś równocześnie jak najbardziej prawdziwy. Cały czas myślałam sobie, że taka miłość się nie zdarza, że przecież nie można tak kogoś kochać, a przynajmniej nie tak bardzo. A jednak... Michael Mann po raz kolejny pokazał, że filmy w jego wykonaniu to dzieła mądre i zabawne zarazem, ciekawe w fabule, atrakcyjne w formie wizualnej, przede wszystkim jednak - ważne społecznie. Jeśli tylko będą wyświetlać "Wrogów Publicznych" w moim małym, prowincjonalnym kinie, muszę to zobaczyć. Wierzę, że magia ekranu nada mu jeszcze więcej klasy...
Po drugie "Watchman", czyli jak dla mnie geniusz komiksu. No po prostu kurwa geniusz. Bardzo brudny, ponury, z dość pesymistyczną wizją społeczeństwa, przez co niesamowicie szczery, autentyczny. Film stawia mnóstwo pytań moralnych, mówi o kwestiach człowieczeństwa i zezwierzęceniu ludzi. Wydaje się być tak prawdziwy, że cały czas myślę jego kategoriami. Niewiele obrazów to potrafi... Poza tym znalazłam tu swojego nowego ulubieńca komiksowego
-