poniedziałek, 30 listopada 2009

BEAT STREET




Bardzo mało jest filmów fabularnych, które z ogromną trafnością i nie stereotypowością dotykają przynajmniej tych podstawowych problemów, z którymi kultura hip hopu od swych narodzin borykała się, boryka i z pewnością nadal będzie. A przede wszystkim mało jest takich, które nie kłamią. Dlatego też tym bardziej cieszę się, że w 1984 roku powstał niesamowity obraz kinematograficzny „Beat Street”, który w przeciwieństwie do wyniesionego do rangi cudu „Wild Style”, naprawdę o hip hopie opowiada. I to w sposób nie tuzinkowy.

Rzecz dzieje się zimą w latach 80. w nowojorskim Bronxie, gdzie mieszka grupa naszych bohaterów. Kenny (Guy Davis) i Lee (Robert Taylor) są braćmi, Ramon (Jon Chardiet) – ich wspólnym przyjacielem. Na zmianę uzupełniają swoje pasje związane z kulturą hip hopu, szukając w niej wyjścia, czy może raczej ucieczki od problemów życia na Bronxie, jakimi są bieda, czy brak pracy.
Kenny jest dj-em i producentem, grającym małe imprezy w swojej dzielnicy i marzącym przy tym o wielkiej karierze. Jego młodszy brat, Lee, który uosabia wszystko co niepokorne i szalone, po uszy zakochany jest w break’u, przez co ciągle ma tą czelność, by śmiać się grawitacji prosto w twarz. Nic zatem dziwnego, że powala na kolana nawet starszych kolegów, czy studentkę szkoły artystycznej. Ramon z kolei jest artystą – malarzem, ciągle rozdartym pomiędzy odpowiedzialnością, jakiej oczekują od niego rodzice i dziewczyna, z którą ma dziecko, a własnymi pragnieniami. Gdzieś między tymi trzema postaciami nieustannie przeplata się wątek Charlie’go (Leon W. Grant). Powiedziałabym, że to taki cwaniaczek z ulicy - pseudo menadżer, nigdy nie rozstający się ze swoją czarną walizką, który chce uczynić wszystkich przyjaciół sławnymi i bogatymi.
I właśnie ów pan pewnego dnia zdobywa wejściówki do klubu Roxy, a więc legendarnego już dziś klubu w Nowym Jorku, gdzie taneczne crew Lee, o wdzięcznej nazwie Beat Street, toczy batalkę ze znienawidzoną grupą, w której m.in. możemy zobaczyć Crazy Legs’a.

Kenny natomiast otrzymuje tego wieczoru propozycję zagrania u dj-a Kool Herc’a! Swoją drogą dj Kool Herc jest niesamowitym dodatkiem tego filmu. Pojawia się zaledwie w kilku scenach, jednak gwarantuję wam, że zapamiętacie go na bardzo długo. Jego unikalne, tak charakterystyczne kowbojskie stroje i specyficzny styl bycia robią ogromne wrażenie. Warto, więc zobaczyć „Beat Street” chociażby dla niego.
Niedługo po wieczorze w Roxy, podczas pogoni za malarzem nieustannie niszczącym prace Ramona, ginie on w tragicznym wypadku w metrze. I to na dodatek w tym momencie, kiedy wszystko w jego życiu zaczęło się układać – znalazł pracę, z pomocą przyjaciół wyremontował mieszkanie, by móc stworzyć tam dom dziewczynie i dziecku. I by w końcu być szczęśliwym...
Świadkiem tego zdarzenia jest Kenny. Głęboko przeżywa on śmierć przyjaciela. Mając, więc możliwość zagrania w noc sylwestrową w znanym klubie (co niewątpliwie otworzyłoby mu drzwi do kariery), pragnie przekształcić ją w pewnego rodzaju hołd złożony przyjacielowi - koncert upamiętniający jego osobę. Robi to rzecz jasna z wielkim rozmachem – telebimy ze slajdami zdjęć Ramona i jego prac, pokazy b-boy’owe, występy muzyków...
Podobnie, jak w przypadku wspomnianego już „Wild Style”, właśnie ten event zamyka film.

„Beat Street” dla każdego miłośnika hip hopu jest filmem ważnym z kilku względów. Przede wszystkim dlatego, że jako jeden z nielicznych prezentuje w zasadzie wszystkie elementy kultury hip hopu nie odseparowane od siebie, jednak stanowiące plastyczną kompozycję. Bo jeśli mamy grafficiarza malującego nocą metro, to towarzyszy mu dj, pomagający w wypełnianiu konturów. Na imprezy b-boy’owe przychodzą writerzy, skandujący nazwę ulubionej grupy, zaś całość tego koła zamyka muzyka, obecna przecież we wszystkich filarach kultury hip hopu.
Warto zobaczyć zatem „Beat Street”, by naprawdę móc poobserwować prawdziwy hip hop. Ale nie tylko... Ten film to również spotkanie z ludźmi, którzy byli obecni w tej kulturze od jej narodzin – którzy po prostu ją tworzyli. Jest tutaj Afrika Bambaataa & The Soul Sonic Force, Shango, Grand Master Melle Mel & The Furious Five, dziewczyny z zespołu Us Girls, czyli Sha-Rock, Lisa Lee oraz Debbie-D, a także Richard Sisco, Wanda Dee, Brenda Starr, The Treacherous Three.
Obok ikon muzycznych pojawiają się i mistrzowie tańca, którym zawdzięczamy rozwój i popularyzację b-boy’ingu na świecie. Występuje Fantastic Duo, Magnificent Force, New York City Breakers i – moje ulubione - Rock Steady Crew.

Mimo, iż “Beat Street” nie może pochwalić się zapierającą dech w piersiach fabułą, rodzącą z każdym kolejnym ujęciem, następne znaki zapytania. A i z oscarową grą aktorską tutaj się nie spotkamy (aczkolwiek ta jest na całkiem dobrym poziomie), ten film ogląda się z nie małym wzruszeniem i przede wszystkim – z ogromną radością rodzącą się w sercu, kiedy wspólnie z bohaterami obrazu podpinamy kable od gramofonów do ulicznych latarni lub toczymy z nimi prawdziwe taneczne bitwy w metrze. Gdy zakochujemy się w syku wypryskiwanej z puszki farby i gdy tworzymy muzykę... Rzecz jasna, jeśli powrót do Bronxu lat 80. czy to w formie muzycznej, tanecznej, czy filmowej, za każdym razem powoduje uśmiech na waszej twarzy (od czego ja nie potrafię się powstrzymać).

Dla wielu z was „Beat Street” z pewnością będzie miłym powrotem do klimatu hip hopu nie skażonego złotymi łańcuchami i nawijaniem o wielkości samochodowych felg. Wielu z pewnością przypomni sobie powód, dla którego hip hop nadal jest obecny w ich życiu. Zaś jeśli już kiedyś sięgnęliście po ten film – zróbcie to raz kolejny – wiara w tą kulturę odżyje na nowo.


Reż. Stan Lathan
Wyst. Guy Davis, Robert Taylor
Premiera: czerwiec 1984

piątek, 27 listopada 2009




„Style Wars”, to obraz z 1983 roku dokumentujący prężnie rozwijającą się we wczesnych latach 80. nowojorską scenę graffiti. Autorami tego reportażu, zrealizowanego dla stacji PBS są jej ówcześni dziennikarze, Henry Chalfant i Tony Sylver. Pierwszy z nich dziś jest znanym fotografem, zaś główną tematykę jego prac stanowi kultura hip hopu, a w szczególności break dance i graffiti. Mówi się nawet, że to „taki męski odpowiednik Marthy Cooper”, która z obiektywem uczestniczyła m.in. w akcjach Dondiego, przyczyniając się tym samym do popularyzacji tego elementu kultury hiphopowej poza jej kręgami – wśród tzw. zwykłych ludzi.

Podobne zadanie postawiono i przed „Style Wars”. Jako, że graffiti od początku swojego istnienia – od momentu pojawienia się pierwszych tagów w nowojorskim metrze, podjęło – w zasadzie nieustannie toczącą się – wojnę z organami ścigania (a tym samym od razu sklasyfikowane zostało, jako „coś złego” – „coś, z czym trzeba walczyć”), dziennikarze stacji PBS postanowili pokazać mieszkańcom Nowego Jorku nie tylko statystyki wydawanych pieniędzy na walkę z writerami, lecz zupełnie inne oblicze tych tzw. „wandali”. To swojego rodzaju próba nawiązania dialogu między racjami malarzami a argumentami osób w żaden sposób nie związanymi z graffiti.

Film nie jest jednak czarno-białą opowieścią, w której sztuka metra i ulicy zostaje wybielona, zaś MTA (Metropolitan Transit Authorities), czyli firma zarządzająca nowojorskim metrem przedstawiona, jako tzw. „bad guy”. Każda ze stron tej walki wypowiada swoje racje i właściwie tylko od widza zależy, kto rzeczywiście ową rację posiada.

Autorzy postanowili obalić jedynie mylne stereotypy przedstawiające writerów, jako bezdomnych ćpunów niszczących miejską architekturę, na walkę z którymi przeznaczane są podatki Amerykanów.

„Style Wars”, to przede wszystkim swoisty apel. To ukazanie graffiti, jako ulicznej sztuki, która narodziła się z optymizmu, niezwykłej kreatywności i buntu. To, co dla postronnych jest hiperbolizacją chuligaństwa, dla malarzy i osób w jakiś sposób z graffiti związanych stanowi rewolucje, która łączy w sobie idee i estetykę, znamiona buntu, pewnej awangardy i niezwykłego wyczucia pomiędzy możliwościami a wyobraźnią.
Dziennikarze stacji PBS stworzyli szeroką panoramę całego zjawiska, jakim graffiti na początku lat 80. stało się w Nowym Jorku, rzecz jasna z uwzględnieniem wszystkich grup, a także instytucji wplątanych we wszelkie wydarzenia z tym związane. I tak w filmie zobaczycie zarówno urzędasów, policjantów i innych przeciwników graficznej manifestacji hip hopu, rodziców writerów, a także ich samych. W dokumencie pojawia się m.in. Blade, Cap, Cey, Crash, Dez, Revolta, Zephyr, Seen, Dondi, Mare 139, Kase 2, a nawet przedstawiciele grupy b-boy’owej Rock Steady Crew. Wywiadów udzielili również Five Freddy, Goldie, Guru oraz Kool DJ Red Alert.

Fani graffiti znajdą tutaj galerie prac wybranych artystów, wideo relacje z akcji oraz zdjęcia ponad 200 najbardziej spektakularnych prac na pociągach, które dzisiaj można znaleźć jedynie w nielicznych zresztą albumach poświęconych graffiti.
Podsumowując mogę powiedzieć, że„Style Wars” jest najbardziej prawdziwym, wymownym, a zarazem urzekającym ową wymową filmem o graffiti, jaki kiedykolwiek widziałam. Jest obrazem, który obalając anonimowość malarzy, ukazuje ich artyzm, ogromne zacięcie i miłość do tej formy sztuki. Proste dialogi mówią same za siebie, zaś pewne zawstydzenie występujących w filmie osób sprawia, że czujemy do nich sympatię, chcemy im kibicować, mówić: róbcie to dalej, bo to jest to! Zaś cały problem pośrednio dotyka nas samych, gdyż łączy wszystkich ludzi mających w sobie miłość do kultury hip hopu i od tej kultury uzależnionych.

„Style Wars” przedstawia graffiti jako uznaną formę sztuki, choć zdecydowanie mniej górnolotną, czy patetyczną, niż środowisko tradycyjnych artystów – malarzy. Nie ma w tym, jakby mogło się wydawać, walki z systemem, czy pierwiastków anarchistycznych. Jedyna walka jaka toczy się podczas malowania, to ta z samym sobą – ze strachem, wewnętrznymi barierami, swoimi wartościami. Graffiti, to zmierzenie się z drzemiącymi w ludziach talentami, próba określenia swojego artyzmu, a przede wszystkim próba określenia granic swojej wyobraźni, które w przypadku tej dziedziny najczęściej zdają się po prostu nie istnieć.



Reż. Henry Chalfant, Tony Sylver
Premiera: marzec 1983

czwartek, 26 listopada 2009

PRZEBOJE I PODBOJE




„Co było pierwsze: muzyka, czy nieszczęście? Ludzi przejmują dzieci bawiące się bronią, oglądające brutalne teledyski. Martwią się, że jakaś kultura przemocy je skusi. Nikt nie przejmuje się dzieciakami słuchającymi tysięcy, dosłownie tysięcy piosenek o złamanych sercach, odrzuceniu, bólu, nieszczęściu i stracie... Czy słuchałem muzyki dlatego, że byłem nieszczęśliwy? Czy może byłem nieszczęśliwy dlatego, że słuchałem muzyki?” – właśnie tymi słowami zaczyna się jedna z kinowych perełek, nieco zapomniana niestety, choć w niesamowicie dobitny sposób o miłości do dźwięków mówiąca.

„Przeboje i podboje”, to kinowa adaptacja książki Nick’a Horby’ego, zatytułowanej „Wierność w stereo”, do sięgnięcia po którą oczywiście zachęcam was jeszcze przed obejrzeniem filmu. Ten z kolei – dam sobie rękę odciąć – zauroczy was do tego stopnia, że zapragniecie być namiętnymi zbieraczami płyt winylowych (rzecz jasna, jeśli już nimi nie jesteście) i co ważniejsze – posmakujecie muzyki z zupełnie innego talerza – muzyki, o której dziś niestety już się nie pamięta...

Rob Gordon, to trzydziesto paro letni facet na pierwszy rzut oka absolutnie niczym nie wyróżniający się spośród milionów. Nie głupi, ale też nie powalający na kolana swoją bystrością. Nie brzydki, ale i nie super przystojny. Po prostu przeciętny facet (choć trudno to sobie wyobrazić w odniesieniu do Johna Cusack’a wcielającego się w tą rolę). Kiedy ma doła nie topi smutków w tanim alkoholu. Zamiast tego rozkłada na podłodze swoją imponującą kolekcję płyt winylowych i syci nią oczy. Po kuracji bardzo troskliwie ustawia krążki na półkach, za każdym razem według innego klucza. To graniczące z fetyszyzmem przywiązanie do analogowych rarytasów nie powinno nikogo dziwić ponieważ bohater filmu jest właścicielem sklepu z płytami Championship Vinyl. Ha! I tu właśnie przeciętność znika, gdyż w grę wchodzi muzyka. Co prawda nie rap, r’n’b, czy soul lecz pop staje się motywem przewodnim wycieczki po świecie dźwięków, ale tak naprawdę mógłby to być jakikolwiek gatunek muzyczny, bo nie o kategoryzowanie przecież chodzi. Ale, do rzeczy...

Rob wraz z przyjaciółmi, którzy u niego pracują - nieśmiałym Dickiem (w tej roli Todd Louiso) i Barrym, w którego wciela się nie dający opisać się jednym tylko epitetem Jack Black, spędza czas na rozmowach o dźwiękach, kobietach i życiu. Pomimo idealnego połączenia hobby z pracą zawodową nie możemy jednak uznać Roba za wybrańca losu. Nie dość, że interes idzie kiepsko, to jeszcze jego ukochana Laura (w tej roli Iben Hjejle) właśnie oświadczyła mu bezceremonialnie, że odchodzi. Wówczas to - w przypływie złości i rozpaczy bohater wspomina pięć najgorszych rozstań swojego życia. Uwaga, uwaga - element kluczowy całego obrazu – ranking! W dużej mierze to właśnie on łączy poszczególne wątki historii Roba, a na dodatek sprawia, że czujemy się, jak słuchacze listy przebojów. Bohater wręcz myśli piątkami i dziesiątkami – „pięć najlepszych kawałków o śmierci”, „pięć wymarzonych zawodów, które chciałbym wykonywać”, ”dziesięć ulubionych artystów pop”, „pięć najlepszych kawałków z pierwszych stron płyt”. Wymieniać mogłabym jeszcze bardzo, bardzo długo...

Po rozstaniu z Laurą, Rob spotyka się z byłymi miłościami. Ma nadzieję, że pomogą mu one zrozumieć dlaczego jego kolejny związek nie przetrwał. W międzyczasie poddaje się urokowi wokalistki poznanej przez przypadek w pubie, dręczy Laurę i jej nowego chłopaka ciągłymi telefonami i coraz bardziej pogrąża się w muzyce. Tym razem jednak, to nie tylko lek na wszystkie problemy, ale i ich główna przyczyna. Rob jest maniakiem dźwięków. Nie miłośnikiem, znawcą, kolekcjonerem, czy jakkolwiek inaczej by tego nie ująć, ale zwyczajnym maniakiem! Pojmuje świat kategoriami muzyki, albo może inaczej – on po prostu muzyką myśli. Oczywiście kolekcja płyt winylowych zajmująca połowę jego mieszkania imponuje, by o sklepie, który prowadzi i jego wiedzy już nie wspomnieć, ale jak się okazuje muzyka to nie wszystko. Potrzebni są jeszcze ludzie do tworzenia wspólnych rankingów „pięciu najlepszych...”, „pięciu najgorszych...”, „pięciu ulubionych...” itd. o co w prawdziwym życiu już nie tak łatwo...

Ważną rolę w filmie odgrywają postaci drugoplanowe, jak wspomniani wcześniej Dick i Barry, nie mniejsi zresztą fanatycy czarnych wosków, co główny bohater. To właśnie dzięki nim Championship Vinyl pełni funkcje nie tylko sklepu z płytami, ale przede wszystkim centrum życia towarzyskiego. Bohaterowie poznają tutaj kobiety, dowiadują się o śmierci bliskich osób, podejmują ważne decyzje, dyskutują o muzyce. Ta z kolei pełni rolę całkiem zabawnego komentarza do ich poczynań. Wśród wykorzystanych w „Przebojach i podbojach” kompozycji znalazły się zarówno klasyczne utwory takich wykonawców jak The Kinks, The Velvet Underground, Bob Dylan, czy Stevie Wonder jak i zupełnie świeże dokonania The Beta Band, czy Stereolab. Dodatkowo w jednym z epizodów możemy obejrzeć legendę amerykańskiej muzyki rockowej Bruce’a Springsteena. Jak zatem widać – zero cukrowego popu, ale muzyka z najwyższej półki. A przede wszystkim sporo miłości do niej, choć może nie mówi się o tym dosłownie, no bo po co? Dostajecie obraz o facecie, który przed snem liczy winyle – to mówi chyba samo za siebie. Polecam!


Przeboje i podboje (High Fidelity)
Reż. Stephen Frears
Premiera: lipiec 2000
Wyst. John, Cusack, Jack Black