
Bardzo mało jest filmów fabularnych, które z ogromną trafnością i nie stereotypowością dotykają przynajmniej tych podstawowych problemów, z którymi kultura hip hopu od swych narodzin borykała się, boryka i z pewnością nadal będzie. A przede wszystkim mało jest takich, które nie kłamią. Dlatego też tym bardziej cieszę się, że w 1984 roku powstał niesamowity obraz kinematograficzny „Beat Street”, który w przeciwieństwie do wyniesionego do rangi cudu „Wild Style”, naprawdę o hip hopie opowiada. I to w sposób nie tuzinkowy.
Rzecz dzieje się zimą w latach 80. w nowojorskim Bronxie, gdzie mieszka grupa naszych bohaterów. Kenny (Guy Davis) i Lee (Robert Taylor) są braćmi, Ramon (Jon Chardiet) – ich wspólnym przyjacielem. Na zmianę uzupełniają swoje pasje związane z kulturą hip hopu, szukając w niej wyjścia, czy może raczej ucieczki od problemów życia na Bronxie, jakimi są bieda, czy brak pracy.
Kenny jest dj-em i producentem, grającym małe imprezy w swojej dzielnicy i marzącym przy tym o wielkiej karierze. Jego młodszy brat, Lee, który uosabia wszystko co niepokorne i szalone, po uszy zakochany jest w break’u, przez co ciągle ma tą czelność, by śmiać się grawitacji prosto w twarz. Nic zatem dziwnego, że powala na kolana nawet starszych kolegów, czy studentkę szkoły artystycznej. Ramon z kolei jest artystą – malarzem, ciągle rozdartym pomiędzy odpowiedzialnością, jakiej oczekują od niego rodzice i dziewczyna, z którą ma dziecko, a własnymi pragnieniami. Gdzieś między tymi trzema postaciami nieustannie przeplata się wątek Charlie’go (Leon W. Grant). Powiedziałabym, że to taki cwaniaczek z ulicy - pseudo menadżer, nigdy nie rozstający się ze swoją czarną walizką, który chce uczynić wszystkich przyjaciół sławnymi i bogatymi.
I właśnie ów pan pewnego dnia zdobywa wejściówki do klubu Roxy, a więc legendarnego już dziś klubu w Nowym Jorku, gdzie taneczne crew Lee, o wdzięcznej nazwie Beat Street, toczy batalkę ze znienawidzoną grupą, w której m.in. możemy zobaczyć Crazy Legs’a.
Kenny natomiast otrzymuje tego wieczoru propozycję zagrania u dj-a Kool Herc’a! Swoją drogą dj Kool Herc jest niesamowitym dodatkiem tego filmu. Pojawia się zaledwie w kilku scenach, jednak gwarantuję wam, że zapamiętacie go na bardzo długo. Jego unikalne, tak charakterystyczne kowbojskie stroje i specyficzny styl bycia robią ogromne wrażenie. Warto, więc zobaczyć „Beat Street” chociażby dla niego.
Niedługo po wieczorze w Roxy, podczas pogoni za malarzem nieustannie niszczącym prace Ramona, ginie on w tragicznym wypadku w metrze. I to na dodatek w tym momencie, kiedy wszystko w jego życiu zaczęło się układać – znalazł pracę, z pomocą przyjaciół wyremontował mieszkanie, by móc stworzyć tam dom dziewczynie i dziecku. I by w końcu być szczęśliwym...
Świadkiem tego zdarzenia jest Kenny. Głęboko przeżywa on śmierć przyjaciela. Mając, więc możliwość zagrania w noc sylwestrową w znanym klubie (co niewątpliwie otworzyłoby mu drzwi do kariery), pragnie przekształcić ją w pewnego rodzaju hołd złożony przyjacielowi - koncert upamiętniający jego osobę. Robi to rzecz jasna z wielkim rozmachem – telebimy ze slajdami zdjęć Ramona i jego prac, pokazy b-boy’owe, występy muzyków...
Podobnie, jak w przypadku wspomnianego już „Wild Style”, właśnie ten event zamyka film.
„Beat Street” dla każdego miłośnika hip hopu jest filmem ważnym z kilku względów. Przede wszystkim dlatego, że jako jeden z nielicznych prezentuje w zasadzie wszystkie elementy kultury hip hopu nie odseparowane od siebie, jednak stanowiące plastyczną kompozycję. Bo jeśli mamy grafficiarza malującego nocą metro, to towarzyszy mu dj, pomagający w wypełnianiu konturów. Na imprezy b-boy’owe przychodzą writerzy, skandujący nazwę ulubionej grupy, zaś całość tego koła zamyka muzyka, obecna przecież we wszystkich filarach kultury hip hopu.
Warto zobaczyć zatem „Beat Street”, by naprawdę móc poobserwować prawdziwy hip hop. Ale nie tylko... Ten film to również spotkanie z ludźmi, którzy byli obecni w tej kulturze od jej narodzin – którzy po prostu ją tworzyli. Jest tutaj Afrika Bambaataa & The Soul Sonic Force, Shango, Grand Master Melle Mel & The Furious Five, dziewczyny z zespołu Us Girls, czyli Sha-Rock, Lisa Lee oraz Debbie-D, a także Richard Sisco, Wanda Dee, Brenda Starr, The Treacherous Three.
Obok ikon muzycznych pojawiają się i mistrzowie tańca, którym zawdzięczamy rozwój i popularyzację b-boy’ingu na świecie. Występuje Fantastic Duo, Magnificent Force, New York City Breakers i – moje ulubione - Rock Steady Crew.
Mimo, iż “Beat Street” nie może pochwalić się zapierającą dech w piersiach fabułą, rodzącą z każdym kolejnym ujęciem, następne znaki zapytania. A i z oscarową grą aktorską tutaj się nie spotkamy (aczkolwiek ta jest na całkiem dobrym poziomie), ten film ogląda się z nie małym wzruszeniem i przede wszystkim – z ogromną radością rodzącą się w sercu, kiedy wspólnie z bohaterami obrazu podpinamy kable od gramofonów do ulicznych latarni lub toczymy z nimi prawdziwe taneczne bitwy w metrze. Gdy zakochujemy się w syku wypryskiwanej z puszki farby i gdy tworzymy muzykę... Rzecz jasna, jeśli powrót do Bronxu lat 80. czy to w formie muzycznej, tanecznej, czy filmowej, za każdym razem powoduje uśmiech na waszej twarzy (od czego ja nie potrafię się powstrzymać).
Dla wielu z was „Beat Street” z pewnością będzie miłym powrotem do klimatu hip hopu nie skażonego złotymi łańcuchami i nawijaniem o wielkości samochodowych felg. Wielu z pewnością przypomni sobie powód, dla którego hip hop nadal jest obecny w ich życiu. Zaś jeśli już kiedyś sięgnęliście po ten film – zróbcie to raz kolejny – wiara w tą kulturę odżyje na nowo.
Reż. Stan Lathan
Wyst. Guy Davis, Robert Taylor
Premiera: czerwiec 1984


