
„Co było pierwsze: muzyka, czy nieszczęście? Ludzi przejmują dzieci bawiące się bronią, oglądające brutalne teledyski. Martwią się, że jakaś kultura przemocy je skusi. Nikt nie przejmuje się dzieciakami słuchającymi tysięcy, dosłownie tysięcy piosenek o złamanych sercach, odrzuceniu, bólu, nieszczęściu i stracie... Czy słuchałem muzyki dlatego, że byłem nieszczęśliwy? Czy może byłem nieszczęśliwy dlatego, że słuchałem muzyki?” – właśnie tymi słowami zaczyna się jedna z kinowych perełek, nieco zapomniana niestety, choć w niesamowicie dobitny sposób o miłości do dźwięków mówiąca.
„Przeboje i podboje”, to kinowa adaptacja książki Nick’a Horby’ego, zatytułowanej „Wierność w stereo”, do sięgnięcia po którą oczywiście zachęcam was jeszcze przed obejrzeniem filmu. Ten z kolei – dam sobie rękę odciąć – zauroczy was do tego stopnia, że zapragniecie być namiętnymi zbieraczami płyt winylowych (rzecz jasna, jeśli już nimi nie jesteście) i co ważniejsze – posmakujecie muzyki z zupełnie innego talerza – muzyki, o której dziś niestety już się nie pamięta...
Rob Gordon, to trzydziesto paro letni facet na pierwszy rzut oka absolutnie niczym nie wyróżniający się spośród milionów. Nie głupi, ale też nie powalający na kolana swoją bystrością. Nie brzydki, ale i nie super przystojny. Po prostu przeciętny facet (choć trudno to sobie wyobrazić w odniesieniu do Johna Cusack’a wcielającego się w tą rolę). Kiedy ma doła nie topi smutków w tanim alkoholu. Zamiast tego rozkłada na podłodze swoją imponującą kolekcję płyt winylowych i syci nią oczy. Po kuracji bardzo troskliwie ustawia krążki na półkach, za każdym razem według innego klucza. To graniczące z fetyszyzmem przywiązanie do analogowych rarytasów nie powinno nikogo dziwić ponieważ bohater filmu jest właścicielem sklepu z płytami Championship Vinyl. Ha! I tu właśnie przeciętność znika, gdyż w grę wchodzi muzyka. Co prawda nie rap, r’n’b, czy soul lecz pop staje się motywem przewodnim wycieczki po świecie dźwięków, ale tak naprawdę mógłby to być jakikolwiek gatunek muzyczny, bo nie o kategoryzowanie przecież chodzi. Ale, do rzeczy...
Rob wraz z przyjaciółmi, którzy u niego pracują - nieśmiałym Dickiem (w tej roli Todd Louiso) i Barrym, w którego wciela się nie dający opisać się jednym tylko epitetem Jack Black, spędza czas na rozmowach o dźwiękach, kobietach i życiu. Pomimo idealnego połączenia hobby z pracą zawodową nie możemy jednak uznać Roba za wybrańca losu. Nie dość, że interes idzie kiepsko, to jeszcze jego ukochana Laura (w tej roli Iben Hjejle) właśnie oświadczyła mu bezceremonialnie, że odchodzi. Wówczas to - w przypływie złości i rozpaczy bohater wspomina pięć najgorszych rozstań swojego życia. Uwaga, uwaga - element kluczowy całego obrazu – ranking! W dużej mierze to właśnie on łączy poszczególne wątki historii Roba, a na dodatek sprawia, że czujemy się, jak słuchacze listy przebojów. Bohater wręcz myśli piątkami i dziesiątkami – „pięć najlepszych kawałków o śmierci”, „pięć wymarzonych zawodów, które chciałbym wykonywać”, ”dziesięć ulubionych artystów pop”, „pięć najlepszych kawałków z pierwszych stron płyt”. Wymieniać mogłabym jeszcze bardzo, bardzo długo...
Po rozstaniu z Laurą, Rob spotyka się z byłymi miłościami. Ma nadzieję, że pomogą mu one zrozumieć dlaczego jego kolejny związek nie przetrwał. W międzyczasie poddaje się urokowi wokalistki poznanej przez przypadek w pubie, dręczy Laurę i jej nowego chłopaka ciągłymi telefonami i coraz bardziej pogrąża się w muzyce. Tym razem jednak, to nie tylko lek na wszystkie problemy, ale i ich główna przyczyna. Rob jest maniakiem dźwięków. Nie miłośnikiem, znawcą, kolekcjonerem, czy jakkolwiek inaczej by tego nie ująć, ale zwyczajnym maniakiem! Pojmuje świat kategoriami muzyki, albo może inaczej – on po prostu muzyką myśli. Oczywiście kolekcja płyt winylowych zajmująca połowę jego mieszkania imponuje, by o sklepie, który prowadzi i jego wiedzy już nie wspomnieć, ale jak się okazuje muzyka to nie wszystko. Potrzebni są jeszcze ludzie do tworzenia wspólnych rankingów „pięciu najlepszych...”, „pięciu najgorszych...”, „pięciu ulubionych...” itd. o co w prawdziwym życiu już nie tak łatwo...
Ważną rolę w filmie odgrywają postaci drugoplanowe, jak wspomniani wcześniej Dick i Barry, nie mniejsi zresztą fanatycy czarnych wosków, co główny bohater. To właśnie dzięki nim Championship Vinyl pełni funkcje nie tylko sklepu z płytami, ale przede wszystkim centrum życia towarzyskiego. Bohaterowie poznają tutaj kobiety, dowiadują się o śmierci bliskich osób, podejmują ważne decyzje, dyskutują o muzyce. Ta z kolei pełni rolę całkiem zabawnego komentarza do ich poczynań. Wśród wykorzystanych w „Przebojach i podbojach” kompozycji znalazły się zarówno klasyczne utwory takich wykonawców jak The Kinks, The Velvet Underground, Bob Dylan, czy Stevie Wonder jak i zupełnie świeże dokonania The Beta Band, czy Stereolab. Dodatkowo w jednym z epizodów możemy obejrzeć legendę amerykańskiej muzyki rockowej Bruce’a Springsteena. Jak zatem widać – zero cukrowego popu, ale muzyka z najwyższej półki. A przede wszystkim sporo miłości do niej, choć może nie mówi się o tym dosłownie, no bo po co? Dostajecie obraz o facecie, który przed snem liczy winyle – to mówi chyba samo za siebie. Polecam!
Przeboje i podboje (High Fidelity)
Reż. Stephen Frears
Premiera: lipiec 2000
Wyst. John, Cusack, Jack Black

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz