niedziela, 10 marca 2013

cosmopolian

Do tej pory podchodziła do mężczyzn z dużą dozą obojętności. Nie chciała komplikować sobie życia. Sądziła, że nie warto. Nie wierzyła w miłość. Była dla niej tylko pojęciem, przebrzmiałą wartością, którą nie zamierzała zawracać sobie głowy. Kochała rzeczy bezosobowe. To musiało wystarczyć. Tak postrzegała świat.

On był niebezpieczny. Mógł wszystko zmienić, gdyby tylko mu na to pozwoliła. Niektóre rzeczy dzieją się jednak bez względu na czyjąkolwiek wolę. Bała się, że przestanie kontrolować swoje życie, że ono zacznie po prostu płynąć. Kłóciło się to z artyzmem przepełniającym jej osobę, ale to właśnie paradoks ją tworzył.


Usiadła przy barze i zamówiła cosmopolitan. Nigdy wcześniej go nie piła. Nazwa wydała jej się intrygująca. Czasem chciała być dziewczyną cosmo, wyzwoloną singielką korzystającą z życia bez umiaru. Mogłabym spróbować - pomyślała chwytając niski szeroki kieliszek z kolorowym płynem.

Barman uśmiechnął się do niej ukradkiem. Znała ten schemat. Zaraz podejdzie i zapyta, czy na kogoś czeka. Jeśli odpowiedziałaby: nie, zapytałby o jej imię, a potem pełen udawanej szarmancji rzuciłby coś w stylu: co taka ładna dziewczyna robi sama w piątkowy wieczór. Wyglądał na miłego. Miał pociągający uśmiech i wesołe oczy. Pomyślała, że nie zasłużył na jej grubiaństwo.

- Spóźniłem się? - usłyszała zza pleców znajomy głos

Spojrzała przez ramię.

- Nie zdążyłam się jeszcze upić - odparła z uśmiechem, który automatycznie odwzajemnił

- Cześć Piorek - rzucił barman

sobota, 9 marca 2013

urywek soboty

Kiedy, jak zawsze po próbie, przecinała swoimi krokami ulicę Fredry, pierwszy raz od dawna pomyślała, by zmienić scenariusz zdarzeń. Coś w głowie szeptało, że nie musi przecież znów obchodzić fontanny, siadać po jej przeciwległej stronie, by widzieć przed sobą budynek Teatru Wielkiego i siłą rzeczy rozmyślać o Dzielnicy Cesarskiej. Była niezależna. Myślała samodzielnie. I robiła to, na co miała ochotę, ale pewne elementy jej życia podporządkowane były stałym sekwencjom tych samych sytuacji i  zachowań. Lubiła je... do tej chwili. Oparła się o boczną konstrukcję zejścia prowadzącego do fontanny. Kilku chłopaków na BMXach walczyło z grawitacją. Uśmiechnęła się do jednego z nich i podniosła rękę w geście pozdrowienia. Znali się z widzenia, kilku rozmów. Nie tylko ona czasem żyła rutyną.

- Cześć pani muzyk -chłopak na chwilę przerwał swoje ewolucje, odstawił rower i w kilka sekund później znalazł się obok Klary - Myślałem, że już cię tu dziś nie zobaczę.

- Próba nam się trochę przeciągnęła - odrzekła.

- Jak poszło? - zapytał

- Banda nudziarzy grająca dobre gówno - wiesz, sobota jak sobota - odrzekła

- Marnujesz się tutaj - powiedział spoglądając na budynek teatru.

- Czyżby? - Klara odruchowo wbiła wzrok w ziemię. Robiła tak za każdym razem, kiedy docierało do niej, że odbiera komplementy.

- Chciałbym cię usłyszeć kiedyś w klimacie jakiegoś zadymionego pubu jak grasz jazz - jego słowa przepełnione były pewnością i nutką podziwu wobec dziewczyny. Spojrzała na niego z niedowierzaniem.

- No co ? - uśmiechnął się - Myślisz, że jak jestem riderem to muszę słuchać tylko punk rock'a, czy co?

- Lubię jazz. Nawet bardzo - odparła

- Słuchaj... mam propozycję. Ale nie odbieraj tego, jak taniego podrywu. Dziś wieczorem w Blue Note grają moi znajomi w ramach studenckich hołdów dla Komedy. Wlot za free. Może coś cię natchnie - chwycił jej rękę i delikatnie ucałował. Uśmiech nie schodził z jego twarzy - Koncert zaczyna się o dwudziestej. Pewnie nie będzie tłumów. Nie wyglądasz na kogoś, kto je lubi. Wystarczy, że przyjdziesz - pomachał jej na pożegnanie i wrócił do kompanów od grawitacyjnych bojów.

W pierwszej chwili chciała uciec, przefarbować włosy i sprawić sobie aparat na zęby, by nigdy nie zostać już przez niego rozpoznaną. Nie pamiętała nawet, jak on ma na imię. Myśl trwała kilka sekund. A później w duchu powiedziała sobie z niepotrzebnym zawstydzeniem: do zobaczenia...