niedziela, 17 maja 2009

...

Ostatni tydzień był jak bajka. Spanie do dziesiątej, pomieszkiwanie z ukochanym mężczyzną, małe niespodzianki, rozpieszczanie się drobnostkami - wszystko to było naprawdę przecudownym prezentem na tzw. pierwszą okrągłą rocznicę bycia razem - rok (choć zdaję sobie sprawę z tego, że brzmi to strasznie trywialnie).
Brak przyzwyczajenia, ale za to ogromne szczęście z oddechu obok, dokonującego się w takim samym tempie, co mój...
Przez wiele lat przeceniałam wiele rzeczy i zjawisk nad miłość, co śmieszniejsze - będąc wówczas w długich i pozornie mocnych - prawdziwych związkach, a jednak dopiero teraz czuję wolność i radość. Nazwanie tej wewnętrznej ekstazy mianem "fantastycznej" to nawet nie jedna milionowa emocji, które wciąż tworzą uśmiech na mojej twarzy. I które wciąż pozwalają mi żyć...

Wracając do bardziej przyziemnych rzeczy - piątkowy koncert Piha pozytywnie mnie zaskoczył. Z góry założyłam, że natkniemy się na tłum małolatów zabijających się w kolejce o piwo (jak to miało miejsce w przypadku ostatniego koncertu Elda), a tymczasem było przesympatycznie wręcz. Peja co prawda spierdolił kawałek z Pihem, gubiąc się zupełnie w tekście, ale za to ten pierwszy pokazał, że scenicznie dorównuje mu mało osób w Polsce. Pomimo kiepskiego "akustyka" brzmiał genialnie.Doświadczenie robi jednak swoje.
VNM, którego w końcu udało mi się poznać przekonał mnie swoją nieśmiałością i skromnością. Polubiliśmy się chyba 'tak po prostu'. Piekielnie cieszą mnie takie spotkania. No i zagadka cerberowych bitów została rozwiązana, ha! (oczywiście cichosza :))
Do Szu wracałam już bez korków. Kolano niestety dało o sobie znać :( Poza tym małym nie komfortem - to było kolejne bardzo miłe muzyczne doświadczenie...


p.s A o pani Mice, która powaliła mnie na kolana opowiem wam jutro:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz