wtorek, 30 czerwca 2009

...

Kiedy byłam małą dziewczynką myślałam, że dorosłość będzie spełnieniem marzeń. Pisanie książek, podróżowanie, sława, pieniądze - wszystko to było równie oczywiste, jak uśmiech niewinnego dziecka. Dziś jestem dorosła, a żadne z dziecięcych marzeń nie znalazło swojego potwierdzenia w realnym świecie. Być może to kwestia siły, wiary, albo szczęścia, sama nie wiem... Być może za mało chcę i pragnę, by to wszystko mogło się spełnić. Ale będę próbować, nie przestanę...

Moją głowę znów wypełnia złość wobec tego, jak wyglądam. I znów tak cholernie mi z tym źle. I przykro. I wstyd, cholernie mi wstyd, tym bardziej przed Bartkiem, bo wiem, że mnie kocha...
Muszę znaleźć w sobie dużo siły, by w końcu zacząć z tym walczyć, tylko skąd ją wziąć? Nie zdajecie sobie sprawy jakie to dla mnie trudne...

Napisałam dziś coś dobrego. I sprawiło mi to dużo radości. To będzie chyba trochę historia o mnie, ale tylko trochę, by pogodzić się z pewnymi rzeczami funkcjonującymi w moim życiu. Pisanie to całkiem dobry sposób :) Nie wolno mi tylko o tym zapominać!
Zasypiałam wczoraj ze słuchawkami w uszach, a że dawno już tego nie robiłam, było to fantastyczne doświadczenie. Kolejne, albo raczej powtórne. Czasem, nie wiem dlaczego, zapominam o tym, co sprawia mi prawdziwą, nie - materialną przyjemność, taką intelektualną, emocjonalną przyjemność. Nie wolno o tym zapominać... w gruncie rzeczy tylko miłość ma większą moc wpływania na ludzkie samopoczucie...

Tak, więc uśmiech :)

poniedziałek, 29 czerwca 2009

A SPIKE LEE JOINT

Niektórzy twierdzą, że kino nie potrafi już opowiadać o rzeczach ważnych i mądrych, dając przy tym człowiekowi zastrzyk rozrywki. Dla niektórych kino na zawsze pozostanie tylko i wyłącznie wytworem popkultury. Niektórzy są prawdziwymi idiotami.

Nie pamiętam pierwszego filmu Spike'a Lee, w którym zakochałam się po same uszy. Każdy pozostawił jednak niemały ślad w sferze moich emocji, potwierdzając tym samym geniusz tego reżysera - pierwszego czarnego, który wywalczył sobie całkowitą swobodę twórczą w Hollywood.
"Cud w St. Anna" jest obrazem jednak zupełnie innym od dotychczasowych projektów pana Lee, aczkolwiek elementy humoru nie pozostawiają wątpliwości, co do autorstwa filmu.
Rzecz dzieje się we Włoszech, pod koniec II wojny światowej i dotyczy eksperymentalnej kompanii Afro-Amerykanów walczącej z nazistami, a ściślej mówiąc - czwórki żołnierzy z tej formacji, którym udaje się przeżyć. Największy spośród z nich, nazywany przez przypadkowo spotkanego włoskiego chłopca - czekoladowym gigantem, nosi przy sobie głowę jednej z rzeźb legendarnego mostu we Florencji. Co chwilę pociera tę głowę wierząc, iż przyniesie mu to szczęście i uchroni przed świszczącymi kulami. To dość zabawne, choć jak okaże się później, będzie to element łączący siły życia i śmierci, wytrwałości, ideałów a także marzeń.
Czwórka ocalałych żołnierzy znajduje schronienie w małej wiosce. Przy okazji dochodzi tam do konfrontacji z włoskimi partyzantami, w efekcie czego większość mieszkańców, łącznie z czarnymi żołnierzami, zostaje wymordowana przez Niemców. Tylko jednemu z obrońców kraju udaje się przeżyć...

Oczywiście Spike Lee nie byłby Spike'm Lee, gdyby nie oparł fabuły filmu na problemach rasowych. Pomyślicie zapewne - ile można! A jednak... I ta lekcja małej moralności w wykonaniu pana Lee jak zwykle sięga geniuszu, banalności tu nie znajdziecie.
"Cud w St. Anna" to film smutny, a co za tym idzie - niesamowicie piękny, choć zarazem mocny, z małymi dotykami subtelności. Dużo tutaj tak charakterystycznego dla Spike'a Lee humoru, ale mnóstwo też prawdziwie głębokich i szczerych emocji, gorzkich łez, wielkich zawodów ducha.
Jednym słowem mówiąc - "a Spike Lee joint..."

Film zapewne nie ukaże się w Polsce ani w kinach, ani nawet w werscji DVD, więc jeżeli z piractwem jesteście za pan brat, poczekajcie 70 sekund w kolejce do rapidshare.

czwartek, 25 czerwca 2009

MOS DEF

"The Ecstatic" jest płytą, która z pewnością was zauroczy, oczywiście jeśli ceniliście dotychczasową twórczość Mos Defa. W innym przypadku, zwrócicie uwagę jedynie na parę kawałków. Najgorsza opcja mówi zaś o całkowitym odrzuceniu. Napisałam zresztą kiedyś o Mos Defie, że jest jedynym z tych artystów, w których człowiek albo zakochuje się od pierwszego zasłuchania, albo od razu skreśla go z listy jakichkolwiek wartościowych graczy. Ja rzecz jasna należę do grupy numer 2, czyli tzw. maniaków :D
Wracając, więc do sedna postu (jak zabawnie to brzmi:)), najnowsza pozycja w dyskografii mojego ulubieńca, która nie tak dawno ujrzała światło dzienne, to nie do końca typowy Mos Def, który zapewne przyzwyczaił was do trudnych, ciężko wpadających w ucho rytmów i rymów zarazem (swoją drogą nie bez powodu wpisuje się on w nurt hip hopu alternatywnego; trudność w jego odbiorze w dużej mierze zależy bowiem od inteligencji muzycznej odbiorcy i jego otwartości wobec innych brzmień - tak sądzę :)).
Na "The Ecstatic" reprezentant Brooklyn'u zaskakuje swoją dojrzałością. Kawałki gościnne, jak chociażby "Auditiorium", gdzie na featuringu pojawia się Slick Rick, czy "Roses" wzbogacony o wokal Georgia Anne Muldrow, uderzają ciekawymi rozwiązaniami w zabawie dźwiękiem i przede wszystkim - mądrym, niezwykłym tekstem (o dziwo - który zrozumiałam :)). Jest technika, eksperymenty głosowe, jest różnorodność, o którą dzisiejsza muzyka błaga przecież na kolanach. Słowo i nuty tworzą tutaj kompozycje pozbawione nudy, przepełnione zaś miłością do tej niematerialnej sztuki, jaką jest muzyka.
Momentami jest dziwnie, ale to chyba kolejny fetysz, do którego Mos Def zdążył nas już przyzwyczaić. Bity co prawda nie powalają na kolana, no może poza utworami opartymi na tradycyjnym instrumentaliźmie. Zaskakuje za to ich aranżacja z wokalami, niekiedy zabawne wręcz zestawienia powagi i uśmiechu (w odniesieniu do skontrastowanych dźwięków i liryki), czego efektem zapewne stało się zebranie na płycie produkcji kilku beatmakerów (Oh No, Chad Hugo, Madlib, Preservation, Mr. Flash, Georgia Anne Muldrow, J - Dilla, w jednym kawąłku pojawia się sam autor, tym razem w roli producenta rzecz jasna). Dostajemy sałatkę niesamowitych wariacji, co prawda zupełnie nie klasycznych, lecz w moim mniemaniu - przykładnych w odniesieniu do kierunku alternatywnego hip hopu.
W Mos Defie dużo jest artyzmu, ale też i sporo prostoty. Jedna wielka sprzeczność tworząca jego fenomen.

środa, 17 czerwca 2009

Hope

Skończyłam studia. I jest to jeden z najbardziej przerażających faktów, jakie w ciągu ostatnich kilku lat zostały w moim życiu zakomunikowane. A jako, że należę do osób, którym ciężko jest wracać do odkładanych rzeczy, tym bardziej przytłacza mnie fakt, że nie zdążę obronić magisterki przed absolutorium, co jest równoznaczne z obroną we wrześniu, albo jeszcze później. Boję się, że zawalę...
Intensywnie szukam pracy. Póki co na nic sensownego się nie natknęła. Co gorsze - nie ma dnia, bym nie układała w głowie czarnych scenariuszy, bym nie bała się, jak to dla mojej głowy może się skończyć, a także dla ludzi, którzy są wokół. Chyba nie dojrzałam do dorosłości...
Mam jednak szczęśliwe serce i to właśnie stawia mnie do pionu. Jeszcze milsze jest to, że w końcu nie boję się o tym szczęściu marzyć, nie boję się planować i nie chcę się przed nim zamykać. Czuję, że mam obok siebie przyjaciela i chyba miłość życia zarazem, choć brzmi to jak tekst z niezbyt dobrego melodramatu (jakby melodramaty były dobre:)). Zwyczajnie czuję, że mam obok siebie prawdziwy skarb... :):):)
Wyleczyłam się z marazmu pisarskiego, oł je! I wybrałam już nawet konkursy literackie, w których muszę! wziąć udział. Mam w głowie kilka historii, a także nowe patenty do wykorzystania w "Opowieści o tym, co tu dzieje się naprawdę" - moim największym dziele :), które mam nadzieję skończę przed śmiercią :)
Są nowe książki i filmy (w piątek na dodatek Noc Kina, na co ciesze się jak dziecko). Wracam do klasyki, serce mi rośnie i gdyby nie ten lęk o przyszłość, gdyby nie dom i wszystko, co w nim się dzieje, gdyby nie odpowiedzialność za Matiego, byłabym naprawdę najszczęśliwszą dziewczyną na świecie...
Co do muzyki - Mos Def oczywiście :) no i jeszcze parę innych dźwiękowych bombek, ale o tym opowiem wam jutro :)

wtorek, 2 czerwca 2009

sounds like love

Kiedy myślę o muzyce bardzo często się złoszczę. Bo przecież zawsze boli, gdy ukochane pragnienia nas zawodzą, wybierają złą drogą, pakują się w tarapaty. A, że złością reaguje na wiele niechcianych zjawisk, również na strach, no to się złoszczę :)
Trudno jest mi mówić o dźwiękach bez jakichkolwiek emocji, zresztą byłoby to dość dziwne, zważywszy na fakt ogromnej roli, jaką pełnią w moim życiu. Czasem myślę, że tylko to mam - uśmiechy zamknięte w mojej głowie powstałe w wyniku spotkań z muzą (Euterpe, tak myślę :)), uwalniane za każdym razem, gdy udaje im się na nowo mnie zaskoczyć. Oczywiście ciągle powstają nowe - jedne są weselsze, inne nieco wymuszone, wszystkie jednak pozwalają mi nadal wierzyć w tą muzyczną rzeczywistość, w której istniejemy. A nie jest to łatwe, uwierzcie... Jako, ze sprzeczność od zawsze konstruowała zjawiska, które człowiek potrafił umiłować nad życie - dźwięki równie skutecznie, jak uszczęśliwiać, potrafią zabijać duszę i wszystko to, co w ludziach najpiękniejsze. Jeśli wybierzecie nuty złowrogie, one sukcesywnie zatrują waszą wrażliwość do tego stopnia, że zapomnicie już, co można określić mianem wartości w muzyce. Najtrudniej jednak pielęgnować te dźwięki, które są najcenniejsze - nazywają się "wolnością", choć każdy chce je zamknąć w nieprzenikalnej formie...