poniedziałek, 29 czerwca 2009

A SPIKE LEE JOINT

Niektórzy twierdzą, że kino nie potrafi już opowiadać o rzeczach ważnych i mądrych, dając przy tym człowiekowi zastrzyk rozrywki. Dla niektórych kino na zawsze pozostanie tylko i wyłącznie wytworem popkultury. Niektórzy są prawdziwymi idiotami.

Nie pamiętam pierwszego filmu Spike'a Lee, w którym zakochałam się po same uszy. Każdy pozostawił jednak niemały ślad w sferze moich emocji, potwierdzając tym samym geniusz tego reżysera - pierwszego czarnego, który wywalczył sobie całkowitą swobodę twórczą w Hollywood.
"Cud w St. Anna" jest obrazem jednak zupełnie innym od dotychczasowych projektów pana Lee, aczkolwiek elementy humoru nie pozostawiają wątpliwości, co do autorstwa filmu.
Rzecz dzieje się we Włoszech, pod koniec II wojny światowej i dotyczy eksperymentalnej kompanii Afro-Amerykanów walczącej z nazistami, a ściślej mówiąc - czwórki żołnierzy z tej formacji, którym udaje się przeżyć. Największy spośród z nich, nazywany przez przypadkowo spotkanego włoskiego chłopca - czekoladowym gigantem, nosi przy sobie głowę jednej z rzeźb legendarnego mostu we Florencji. Co chwilę pociera tę głowę wierząc, iż przyniesie mu to szczęście i uchroni przed świszczącymi kulami. To dość zabawne, choć jak okaże się później, będzie to element łączący siły życia i śmierci, wytrwałości, ideałów a także marzeń.
Czwórka ocalałych żołnierzy znajduje schronienie w małej wiosce. Przy okazji dochodzi tam do konfrontacji z włoskimi partyzantami, w efekcie czego większość mieszkańców, łącznie z czarnymi żołnierzami, zostaje wymordowana przez Niemców. Tylko jednemu z obrońców kraju udaje się przeżyć...

Oczywiście Spike Lee nie byłby Spike'm Lee, gdyby nie oparł fabuły filmu na problemach rasowych. Pomyślicie zapewne - ile można! A jednak... I ta lekcja małej moralności w wykonaniu pana Lee jak zwykle sięga geniuszu, banalności tu nie znajdziecie.
"Cud w St. Anna" to film smutny, a co za tym idzie - niesamowicie piękny, choć zarazem mocny, z małymi dotykami subtelności. Dużo tutaj tak charakterystycznego dla Spike'a Lee humoru, ale mnóstwo też prawdziwie głębokich i szczerych emocji, gorzkich łez, wielkich zawodów ducha.
Jednym słowem mówiąc - "a Spike Lee joint..."

Film zapewne nie ukaże się w Polsce ani w kinach, ani nawet w werscji DVD, więc jeżeli z piractwem jesteście za pan brat, poczekajcie 70 sekund w kolejce do rapidshare.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz