czwartek, 25 czerwca 2009

MOS DEF

"The Ecstatic" jest płytą, która z pewnością was zauroczy, oczywiście jeśli ceniliście dotychczasową twórczość Mos Defa. W innym przypadku, zwrócicie uwagę jedynie na parę kawałków. Najgorsza opcja mówi zaś o całkowitym odrzuceniu. Napisałam zresztą kiedyś o Mos Defie, że jest jedynym z tych artystów, w których człowiek albo zakochuje się od pierwszego zasłuchania, albo od razu skreśla go z listy jakichkolwiek wartościowych graczy. Ja rzecz jasna należę do grupy numer 2, czyli tzw. maniaków :D
Wracając, więc do sedna postu (jak zabawnie to brzmi:)), najnowsza pozycja w dyskografii mojego ulubieńca, która nie tak dawno ujrzała światło dzienne, to nie do końca typowy Mos Def, który zapewne przyzwyczaił was do trudnych, ciężko wpadających w ucho rytmów i rymów zarazem (swoją drogą nie bez powodu wpisuje się on w nurt hip hopu alternatywnego; trudność w jego odbiorze w dużej mierze zależy bowiem od inteligencji muzycznej odbiorcy i jego otwartości wobec innych brzmień - tak sądzę :)).
Na "The Ecstatic" reprezentant Brooklyn'u zaskakuje swoją dojrzałością. Kawałki gościnne, jak chociażby "Auditiorium", gdzie na featuringu pojawia się Slick Rick, czy "Roses" wzbogacony o wokal Georgia Anne Muldrow, uderzają ciekawymi rozwiązaniami w zabawie dźwiękiem i przede wszystkim - mądrym, niezwykłym tekstem (o dziwo - który zrozumiałam :)). Jest technika, eksperymenty głosowe, jest różnorodność, o którą dzisiejsza muzyka błaga przecież na kolanach. Słowo i nuty tworzą tutaj kompozycje pozbawione nudy, przepełnione zaś miłością do tej niematerialnej sztuki, jaką jest muzyka.
Momentami jest dziwnie, ale to chyba kolejny fetysz, do którego Mos Def zdążył nas już przyzwyczaić. Bity co prawda nie powalają na kolana, no może poza utworami opartymi na tradycyjnym instrumentaliźmie. Zaskakuje za to ich aranżacja z wokalami, niekiedy zabawne wręcz zestawienia powagi i uśmiechu (w odniesieniu do skontrastowanych dźwięków i liryki), czego efektem zapewne stało się zebranie na płycie produkcji kilku beatmakerów (Oh No, Chad Hugo, Madlib, Preservation, Mr. Flash, Georgia Anne Muldrow, J - Dilla, w jednym kawąłku pojawia się sam autor, tym razem w roli producenta rzecz jasna). Dostajemy sałatkę niesamowitych wariacji, co prawda zupełnie nie klasycznych, lecz w moim mniemaniu - przykładnych w odniesieniu do kierunku alternatywnego hip hopu.
W Mos Defie dużo jest artyzmu, ale też i sporo prostoty. Jedna wielka sprzeczność tworząca jego fenomen.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz