Piotr był niepoprawnym romantykiem, choć jednocześnie sprawiał wrażenie człowieka niezwykle ułożonego i statecznego, realisty do bólu, który nie miał raczej w zwyczaju spacerowania po chmurach. I taki też był, a mimo to bezwiednie czuł w sobie swojego rodzaju obowiązek subtelności, pomysłowości i zaskakiwania kobiet. Rzecz jasna - jeśli na którejś naprawdę mu zależało, albo z czasem mogło zacząć zależeć. Klara wywoływała w jego głowie nie tylko pociąg seksualny i fascynację, to było coś więcej. Widząc ją czuł przedziwne pragnienie zatrzymania rzeczywistości, uchwycenia jej spojrzenia, zarejestrowania barwy jej głosu. Nie wiedział dlaczego, przecież nigdy z nią nie rozmawiał. I być może właśnie o to chodziło? O tajemnicę, której seksualność sama w sobie od wieków jest nieskończona? Nawet jego licealne miłości nie wzbudzały tak szalenie ogromnej ciekawości. Nurtowało go to i z dnia na dzień coraz bardziej determinowało do tego, by przez zaaranżowany przypadek móc z nią porozmawiać. Nie wierzył w przeznaczenie, ale też nigdy nie odpuszczał drobnych podpowiedzi od życia, które ludzie zwykli nazywać przypadkami.
Zazwyczaj kobiety same zabiegały o jego zainteresowanie. Był pewny siebie, czasami próżny, chyba jak każdy artysta. W środowisku polskich designerów nazywano go przeklętym geniuszem, bo pokłady jego wyobraźni zdawały się być nieskończone. Projektował teatralne scenografie do najlepszych sztuk w kraju i nie tylko, organizował festiwale sztuki ulicznej w całej Europie. Sam tworzył i był w tym najlepszy. Wiedział o tym doskonale. Jego prace kupowały nawet amerykańskie galerie i chociaż w wieku 31 lat mógłby spokojnie kupić sobie domek nad brzegiem morza w jakimś ciepłym kraju i zająć się wyłącznie własną pracą twórczą przeplataną z zaliczaniem modelek i celebrytek na kolejnych bankietach, wciąż stawiał sobie cele, z których realizacji obiecał nigdy nie zrezygnować.
Chciał stworzyć w Poznaniu centrum skupiające młodych artystów ulicznych, przede wszystkim grafficiarzy, którym niegdyś też przecież był. Dawno temu zamienił jednak bluzę z kapturem na drogą koszulę ze stylowym śledziem. Zapuścił nieco włosy i brodę. Wyglądał jak facet z okładek kolorowych pism. O tym też wiedział i umiejętnie to wykorzystywał, oczywiście w kontaktach z kobietami. Klarę traktował jednak zupełnie inaczej. Stanowiła osobną szufladę w jego głowie - równie ważną i wielką jak to, co tworzył...
Doskonale pamiętał dzień, w którym zobaczył ją po raz pierwszy. Był piękny, jesienny poranek, jak trywialnie by to nie zabrzmiało. Słońce już dawno przestało mówić do ludzi z taką siłą, na którą wszyscy narzekali latem. Wiatr zwiewał złociste liście z niedużych drzew rosnących bez większej wyobraźni na blokowisku, a za oknami słychać było odwieczne rozmowy dzieci, które nigdy nie spieszyły się do szkoły... Obudził się zbyt późno. Zrezygnował z porannej kąpieli, śniadania i tak nigdy nie jadł w domu - chyba, że akurat gościł u siebie jakąś kobietę. Ale nie tym razem. Od strzeżonego parkingu, na którym zawsze na miejscu numer 37 zostawiał swojego stylowego, sportowego mercedesa w kolorze butelkowej zieleni dzieliło go około 800 metrów, w tym ciągle zatłoczona ulica, przez którą przejście stanowiło odwieczny kłopot. Spieszył się do pracy, czyli tym razem na próbę generalną nowego przedstawienia w Teatrze Wielkim, gdzie przez kilka tygodni pracował nad modernistyczną scenografią do "Piotrusia Pana". Reżyserem sztuki był Rosjanin. łysy, podstarzały playboy, który każdy dzień zaczynał w ten sam sposób. Szklanka wódki i kilka plasterków zamrożonej ryby w połączeniu ze sprośnymi kawałami wypowiadanymi nieudolnie po angielsku. Wywoływał u Piotra obrzydzenie, ale płacił i tak za dużo, więc wręcz trzeba było go znosić...
Podczas biegu na parking wypadł mu z kieszeni portfel, a drobne rozsypały się na chodniku. Przeklął w niebogłosy zupełnie nie zważając na to, czy w najbliższej przestrzeni znajdują się jacyś ludzie. I wtedy usłyszał jej głos.
- Proszę nie mówić tak brzydko - powiedziała z uśmiechem mijając jego postać skurczoną w kłębek.
Nie zatrzymała się, tylko na chwilę obróciła jeszcze głowę przez ramię, jakby oczekując, że coś jej odpowie. Nie potrafił. Pomyślał wtedy, że zobaczył najpiękniejszą kobietę na świecie, której jakiś nieokreślony wewnętrzny smutek paradoksalnie połączony ze szczerym uśmiechem, chciał mieć przy sobie, jak małe dziecko domagające się zabawki.