wtorek, 27 września 2011

poniedziałek, 26 września 2011

Poznań

Kochała Poznań. Szczególnie po zmroku. Pierwszym skojarzeniem z miastem podczas codziennych wieczornych spacerów był dla niej zapach wanilii pomieszanej z mydłem unoszący się w małych, przytulnych mieszkaniach na poznańskich blokowiskach. W każdym z nich z głośników, w tle intymnych rozmów, płynął jazz, a jego kochanką stawała się wówczas butelka czerwonego wina. Mieszkania miały ciepłe barwy, a dodatkowego uroku nadawały im kolorowe świece rozbudzające zmysły, a tym samym i namiętności.

dosłownie słów kilka

Nie miała bliskiej rodziny. Jej historia przypominała nieco tanią fabułę amerykańskiego filmu obyczajowego, w którym rodzice giną w wypadku samochodowym pozostawiając 10-letnią córkę samą sobie. Matka była wtedy pijana i to ona prowadziła auto. Nikt przed Klarą nigdy tego nie ukrywał. Doskonale pamiętała zresztą sceny z dzieciństwa, w których główną rolę odgrywała zalana w sztok matka rzucająca kolejnymi naczyniami w bezradnego ojca nie szczędzącego w stosunku do niej przykrych epitetów. Piła potajemnie, być może dlatego, że wstydziła się swojej słabości...

sobota, 24 września 2011

znów on...

Jego pewność siebie kłóciła się z nieśmiałością w stosunku do niej. A jednak nie potrafił się przełamać.
Pewnego dnia wsiadł do autobusu. Za nią. W taki sposób dowiedział się gdzie pracuje. Oszalał. Pachniała tak, jak chciał ją czuć. Oldschoolem, sztuką w dawnym wydaniu, jakkolwiek by tego nie nazwać - czymś, za czym on bezpowrotnie tęsknił. Była jak charakterystyczny trzask na czarnej płycie winylowej, zgrzyt magnetofonu szpulowego, jak piosenki Franka Sinatry i słowa Trumana Capote'go (choć z odrobiną większej klasy). Nie było już wyjścia, przynajmniej nie dla niego. Tak wtedy myślał. Klara stanowiła część układanki jego rzeczywistości, której nie mógł zgubić.

piątek, 23 września 2011

PIOTR

Piotr był niepoprawnym romantykiem, choć jednocześnie sprawiał wrażenie człowieka niezwykle ułożonego i statecznego, realisty do bólu, który nie miał raczej w zwyczaju spacerowania po chmurach. I taki też był, a mimo to bezwiednie czuł w sobie swojego rodzaju obowiązek subtelności, pomysłowości i zaskakiwania kobiet. Rzecz jasna - jeśli na którejś naprawdę mu zależało, albo z czasem mogło zacząć zależeć. Klara wywoływała w jego głowie nie tylko pociąg seksualny i fascynację, to było coś więcej. Widząc ją czuł przedziwne pragnienie zatrzymania rzeczywistości, uchwycenia jej spojrzenia, zarejestrowania barwy jej głosu. Nie wiedział dlaczego, przecież nigdy z nią nie rozmawiał. I być może właśnie o to chodziło? O tajemnicę, której seksualność sama w sobie od wieków jest nieskończona? Nawet jego licealne miłości nie wzbudzały tak szalenie ogromnej ciekawości. Nurtowało go to i z dnia na dzień coraz bardziej determinowało do tego, by przez zaaranżowany przypadek móc z nią porozmawiać. Nie wierzył w przeznaczenie, ale też nigdy nie odpuszczał drobnych podpowiedzi od życia, które ludzie zwykli nazywać przypadkami.

Zazwyczaj kobiety same zabiegały o jego zainteresowanie. Był pewny siebie, czasami próżny, chyba jak każdy artysta. W środowisku polskich designerów nazywano go przeklętym geniuszem, bo pokłady jego wyobraźni zdawały się być nieskończone. Projektował teatralne scenografie do najlepszych sztuk w kraju i nie tylko, organizował festiwale sztuki ulicznej w całej Europie. Sam tworzył i był w tym najlepszy. Wiedział o tym doskonale. Jego prace kupowały nawet amerykańskie galerie i chociaż w wieku 31 lat mógłby spokojnie kupić sobie domek nad brzegiem morza w jakimś ciepłym kraju i zająć się wyłącznie własną pracą twórczą przeplataną z zaliczaniem modelek i celebrytek na kolejnych bankietach, wciąż stawiał sobie cele, z których realizacji obiecał nigdy nie zrezygnować.
Chciał stworzyć w Poznaniu centrum skupiające młodych artystów ulicznych, przede wszystkim grafficiarzy, którym niegdyś też przecież był. Dawno temu zamienił jednak bluzę z kapturem na drogą koszulę ze stylowym śledziem. Zapuścił nieco włosy i brodę. Wyglądał jak facet z okładek kolorowych pism. O tym też wiedział i umiejętnie to wykorzystywał, oczywiście w kontaktach z kobietami. Klarę traktował jednak zupełnie inaczej. Stanowiła osobną szufladę w jego głowie - równie ważną i wielką jak to, co tworzył...

Doskonale pamiętał dzień, w którym zobaczył ją po raz pierwszy. Był piękny, jesienny poranek, jak trywialnie by to nie zabrzmiało. Słońce już dawno przestało mówić do ludzi z taką siłą, na którą wszyscy narzekali latem. Wiatr zwiewał złociste liście z niedużych drzew rosnących bez większej wyobraźni na blokowisku, a za oknami słychać było odwieczne rozmowy dzieci, które nigdy nie spieszyły się do szkoły... Obudził się zbyt późno. Zrezygnował z porannej kąpieli, śniadania i tak nigdy nie jadł w domu - chyba, że akurat gościł u siebie jakąś kobietę. Ale nie tym razem. Od strzeżonego parkingu, na którym zawsze na miejscu numer 37 zostawiał swojego stylowego, sportowego mercedesa w kolorze butelkowej zieleni dzieliło go około 800 metrów, w tym ciągle zatłoczona ulica, przez którą przejście stanowiło odwieczny kłopot. Spieszył się do pracy, czyli tym razem na próbę generalną nowego przedstawienia w Teatrze Wielkim, gdzie przez kilka tygodni pracował nad modernistyczną scenografią do "Piotrusia Pana". Reżyserem sztuki był Rosjanin. łysy, podstarzały playboy, który każdy dzień zaczynał w ten sam sposób. Szklanka wódki i kilka plasterków zamrożonej ryby w połączeniu ze sprośnymi kawałami wypowiadanymi nieudolnie po angielsku. Wywoływał u Piotra obrzydzenie, ale płacił i tak za dużo, więc wręcz trzeba było go znosić...
Podczas biegu na parking wypadł mu z kieszeni portfel, a drobne rozsypały się na chodniku. Przeklął w niebogłosy zupełnie nie zważając na to, czy w najbliższej przestrzeni znajdują się jacyś ludzie. I wtedy usłyszał jej głos.

- Proszę nie mówić tak brzydko - powiedziała z uśmiechem mijając jego postać skurczoną w kłębek.

Nie zatrzymała się, tylko na chwilę obróciła jeszcze głowę przez ramię, jakby oczekując, że coś jej odpowie. Nie potrafił. Pomyślał wtedy, że zobaczył najpiękniejszą kobietę na świecie, której jakiś nieokreślony wewnętrzny smutek paradoksalnie połączony ze szczerym uśmiechem, chciał mieć przy sobie, jak małe dziecko domagające się zabawki.

środa, 21 września 2011

Wino i papierosy

W antykwariacie znajdował się stary projektor i kilka stosów celuloidowych taśm nawiniętych na szpule. W piątki po pracy często siadała przy maleńkiej lampce, otwierała swoje ulubione czerwone, półsłodkie wino i wybierała jedną ze szpul. Uwielbiała kino, a pan Józef, właściciel antykwariatu tak bardzo uwielbiał jej osobę, że na rozmaitych giełdach staroci w całej Europie (których odwiedzanie było nota bene jego ogromną pasją) wynajdywał dla niej stare filmy, a później potajemnie podkładał je na stosy. Ona - rzecz jasna - doskonale o tym wiedziała, ale nigdy nie zdradziła się z tą wiedzą. To było ważne także dla niego...

Nalała sobie wina do połowy wysokiego, zaokrąglonego kieliszka. Zapaliła papierosa. Wnętrze prowizorycznej salki projekcyjnej, na którą zaadaptowano salonik na piętrze wypełnił się słodkawym, waniliowym dymem. Zaczęła przeglądać szpule. Większość filmów była czarno-biała i pozbawiona jakiejkolwiek ścieżki dźwiękowej, nawet tej odnoszącej się do dialogów. Nie lubiła tych filmów, bo nie lubiła ciszy. Przerażała ją - swoją pustką i ogromem zarazem.
Wybrała "Śniadanie u Tiffany'ego". Za każdym razem, gdy myślała o tym obrazie, szczerze się uśmiechała. Chyba po prostu było w niej coś z Audrey Hepburn...

(...)

Podczas filmu myślała o nim - o tym, że już dawno nie czuła się przy nikim tak dobrze i że jeszcze nikt nie rozkoszował się jej ciałem tak, jak on. Paradoksalnie cały czas będąc sama, teraz bała się tego, że zbyt szybko i łatwo przyzwyczai się do tej nowej osoby, a ona potem równie łatwo odejdzie...

...

Bardzo łatwo stracić zaufanie, a jeszcze łatwiej zranić przez niedotrzymanie słowa kogoś, kogo nie traktuje się, jak obcej osoby. Najtrudniejsza jest jednak próba odbudowy wcześniejszych relacji, jeśli w ogóle coś takiego może być możliwe.
Czasem zachowuje się jak dzieciak, który jest na tyle naiwny, by zwierzyć się komuś, komu nigdy nie ufał. Beznadziejna... A cała sytuacja boli tym bardziej, że nie chciało się nikogo skrzywdzić - wręcz przeciwnie - w głowie tliła się jakaś myśl dobrego uczynku. I to była głupota - kolejna i chyba niewybaczalna. Cząstka serca napękła, a wstyd i przykrość zatykają gardło. Nie wiem, czy można coś takiego naprawić. Sama nie umiem przecież wybaczać, choć chciałabym, żeby ktoś odezwał się z uśmiechem do mnie. To hipokryzja, wiem... Pozostaje tylko niepewność. I smutek.

poniedziałek, 19 września 2011

Już nie umiem żyć, nie umiem być, nie umiem egzystować...

Zacznijmy od Klary...Kilka urywków

Nie była szczęśliwym człowiekiem. Wiedziała, że stworzono ją do rzeczy wielkich, a mimo to starała się tą świadomość sukcesywnie wypierać, gdy tylko znalazła ona jakiś otwarty kanał, by znów przedostać się do maleńkiej cząstki głowy Klary zwanej próżną pewnością siebie. Uważała, że jest nikim. Często zresztą tak o sobie mówiła, a na dodatek wymyślała mnóstwo bezsensownych argumentów, którymi starała się potwierdzić tą tezę.Żyła z dnia na dzień. Bez planów, bez kolorów, bez pojęcia o tym, że budząc się każdego dnia, tak naprawdę umierała. Jej dusza nie tworzyła, nie miała już do tego siły, a może nigdy jej nie miała? Człowiek zapominający o swoim rozwoju umiera szybciej, niż pozostali.
(...)
Pojawił się nie wiadomo skąd. Pewnego dnia zwyczajnie otworzył drzwi antykwariatu. Klara siedziała na kręconych schodach prowadzących na piętro. Zaczął przeglądać książki o Poznaniu. Kartkował stare, pożółkłe strony jednocześnie wciąż zerkając na Klarę. Znał ją bardzo dobrze, a przynajmniej tak mu się wydawało. Mijał ją każdego dnia w drodze do pracy - mieszkała tuż na przeciwko parkingu, na którym zostawiał swoje auto. Fascynowała go i to nie tylko dlatego, że była tak piękna, iż mógłby patrzeć na nią całymi dniami. Pociągał go jej smutek i swojego rodzaju artyzm, którym pachniała każda część jej ciała.
(...)
Obudziła się przy nim i chyba po raz pierwszy w życiu uśmiechnęła się po otwarciu oczu rano. Nie znała miłości i nie sądziła, że to o nią chodzi. Czuła się komuś potrzebna i to uczucie zastępowało wszelkie skarby świata. Zapytał, czy zrobić jej kawę, a potem pocałował w czoło i ścisnął jej dłoń. Chwilę później niewiele mówiąc patrzyli sobie w oczy i uśmiechali się. Tak, po prostu... Zaproponował, że pójdzie po bułki i zrobi jajecznicę. Znów się uśmiechnęła i pomyślała wtedy, że to szczegół, ale przecież w życiu chodzi o szczegóły, bo co innego będzie się wspominać na starość? Wiele lat później potrafiła przypomnieć sobie smak tamtej jajecznicy. Nigdy nie jadła nic lepszego, chociaż jego już nie było...


Klara powoli się rozwija. Może coś z tego wszystkiego wyjdzie, zobaczymy... Dziś wiele rzeczy we mnie pękło i zastanawiam się, co zrobić, by wróciła do mnie jakaś energia i fascynacja zwykłym dniem. W pracy jest bardzo trudno, dlatego Klara to tak ważna szansa... Mam taki plan, żeby stworzyć listę miejsc i rzeczy najbardziej ulubionych w moim życiu. Chcę się częściej uśmiechać. Myślę nad tym, gdzie mogłabym pić ulubioną kawę i pisać, albo czytać... albo, gdzie mogłabym jeść śniadanie. Głupota taka, ale świat opiera się również na głupotach. Od dziś piszę codziennie, uspokaja mnie to, a więc wręcz muszę!