czwartek, 28 października 2010

NIE PYTAJ MNIE O JUTRO...

Ostatnie tygodnie były bardzo trudne, kolejne będą zresztą pewnie podobne. 2 tygodnie temu dostałam pierwszy pozew - o nierzetelność dziennikarską. Nie sądziłam, że zdarzy się to tak szybko, ba! byłam tak naiwna myśląc, że nigdy mnie to nie spotka. A jednak... Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że akurat w tej sprawie nie mam sobie nic do zarzucenia i wpadłam w wir jakiejś żądzy zemsty. Każdy mówi mi, że będzie dobrze, ale chyba tak, jak w przypadku wszelkich innych dziedzin życia - trzeba to samemu przeżyć, by móc o czymś mówić. Oczywiście wsparcie jest bardzo miłe i potrzebne, ale moje myśli są wciąż niespokojne. 10 listopada jest pierwsza rozprawa, a 10 dni później kończę 25 lat. Nie wiem jak to będzie i czy jest to przypadkiem. Kolejna próba od życia?
W pracy jest coraz gorzej - pracuję tyle, że brak mi ochoty do czegokolwiek. Nie na tym miała polegać dorosłość...
A tak poza tym? Sama nie wiem... W domu chora atmosfera, dobrze, że jest Mati i Bartek - bez nich chyba w ogóle bym się załamała. Dużo czytam i to daje mi trochę spokoju. powróciły też myśli i ochota do pisania - tego prawdziwego, dla siebie, dla innych... Wymyśliłam historię ekscentrycznej dziewczyny - Almy pracującej w sklepie książkowo - muzycznym. Nie będę już dusić się formą. To mój cel na najbliższy czas...

sobota, 31 lipca 2010

Polański, redakcja i inne sprawy

Tak sobie myślę, że Polańskiego można albo kochać, albo nienawidzić. Nie ma żadnych stanów pośrednich. Ja bezsprzecznie należę do tej pierwszej grupy - od zawsze. A w zasadzie od momentu, gdy przeczytałam jego autobiografię, jeszcze jako mała dziewczynka. I wracam do niej co roku w wakacje. To chyba jedna z najbardziej fascynujących książek, jakie kiedykolwiek przeczytałam - a uwierzcie sporo prześledzonych stronic mam na swoim koncie. Potem śledziłam jego filmografie i tu zaczęła się prawdziwa, wieloletnia miłość do niego, jako artysty, z której jestem naprawdę bardzo dumna, przede wszystkim jako Polka. I rzeczywiście coś w tym jest, że aby zrozumieć czyjeś dzieło, trzeba choć trochę poznać tego kogoś - wczuć się w jego życie i rozmaite zawiłości z nim związane. Dla mnie to prawdziwy fenomen, że chłopiec, którego matkę zagazowano w Oświęcimiu i którego ojciec w pewnym momencie się go wyparł, miał w sobie na tyle dużo odwagi, próżności i pewności siebie zarazem, by dziś mogła go podziwiać połowa ludzkości. Nie chce się wdawać w te wszystkie historie miłosne tworzące otoczkę jego osoby. Każdy ma na to swój własny pogląd i niech tak zostanie. Dla mnie Roman Polański jest mistrzem, po prostu. I wiem, że gdy odejdzie, przeżyję chyba jakieś załamanie... Ale mniejsza o mnie.
W zeszłym tygodniu obejrzałam jego najnowszy film - z poślizgiem, bo z poślizgiem, ale obejrzałam. I znów wmurowało mnie w ścianę. Ghostwriter, to mroczna i pełna niepewności historia, która rzeczywiście rozwiązuje się dopiero w ostatniej minucie. Niby wszystko jest jasne, historia rozwiązana, a tu bomba z nieba i wszystko wykręca się do góry nogami. Taki to Polański. Jedyne, czego zabrakło w tej ruchomo - obrazowej opowieści, to muzyka. Słusznie zresztą mówi się, że po śmierci Komedy filmy Romka nie działały już aż tak na emocje widza. Coś w tym jest, choć Pianista stanowi jak gdyby wyjątek od reguły. Według jakiś plotek, przecieków, czy jak to tam się zwie - Polański ma w planach hita nad hitami i jak Boga kocham, gdy to obejrzę - mogę już umrzeć. Mistrz i Małgorzata. Tak, tak... Romek nie chwytał by się przecież zwykłej opowieści. Oby tylko te wszystkie sex afery i wywoływanie skandalu na siłę nie zniszczyły jego artystycznych zamiarów. Ja tego nie przeżyję....

Od 3 tygodni mam nowego redaktora prowadzącego. Krzyś przeszedł do Międzychodu, a ja ryczałam jak bóbr, gdy się o tym dowiedziałam. Może to przyzwyczajenie, a może po prostu - nich to zabrzmi banalnie - zwykłe zrozumienie, które nas wiązało, wiąże. Trudno jest bez niego. Trudno mi myśleć o pracy bez niego. Dokładnie rok temu się poznaliśmy, a ja dziś nie wyobrażam sobie braku jego optymizmu gdzieś obok... Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że od 3 tygodni wzrasta nam sprzedaż - nie dużo, ale jednak. Mam większy wpływ na kształt gazety, jej zawartość i układ. Jednocześnie przybyło więcej obowiązków, ale też i więcej już potrafię. Z dnia na dzień chyba coraz bardziej lubię redakcję. Lubię tych ludzi i jakąś zabawną atmosferę, która wypełnia pomieszczenie kamienicy. Z drugiej strony na pewno o wiele częściej się wkurwiam - pracy jest dużo, a my nie potrafimy jeszcze doścignąć organizacji Krzysztofa. Pytanie: czy kiedykolwiek będziemy potrafili?

Cały czas obawiam się o pieniądze. Czasem nie mogę nawet przez to spać. Na dodatek mama wymyśliła remont mojego pokoju. Gaba idzie do szkoły, Mati kończy 18 lat, a mnie wszystko w środku boli, że nie mogę dać im zbyt wiele. To coś naprawdę strasznego... Czy jutro będzie lepiej?

niedziela, 25 lipca 2010

Ludzie

Dużo ostatnio myślę o tym, jaki wpływ mają na nas inni ludzie i jak bardzo potrafimy się od nich uzależnić, nawet jeśli nie wiążemy z nimi miłych wspomnień. Szczerze powiedziawszy - nie wierzę w te wszystkie syndromy i problemy wewnętrzne na skutek jakiś doświadczeń wyniesionych z domu rodzinnego - no chyba, że chodzi o molestowanie lub fizyczne znęcanie się nad kimś. Myślę, że słabi ludzie lubią się tym po prostu zasłaniać, by jednocześnie móc usprawiedliwić popełniane błędy. Ja wierzę w ludzi - w ich siłę i geniusz - wierzę w to, że nadal po Ziemi chodzą takie jednostki, które pomimo wszelkich krzywd i wewnętrznych ciosów - potrafią zadziwiać świat - i to jeszcze jak! Jestem DDA, rodzice nigdy się mną zbytnio nie interesowali, ale to chyba raczej wina mojego zamknięcia w sobie, niż paskudnej ignorancji. Niewiele o sobie wiemy - oni o mnie, ja o nich, i co z tego? Tata pił i pije, wstyd mi za to i bardzo mnie to boli, ale nie zamierzam nikogo obwiniać o to, że przez niego stałam się taka, czy taka - że winię się za wszystko i nie jestem pewna siebie - bo to tylko i wyłącznie moja wina. Tak sądzę, choć oczywiście dużo prościej jest zepchnąć wszelką winę na innych. Do cholery! zamiast się nad sobą użalać, lepiej powiedzieć sobie, że trzeba być silnym i mieć najlepszego przyjaciela w samym sobie. Nie wolno przecież ranić drugiej osoby, a przy tym i siebie tylko dlatego, że w głowie pojawiają się jakieś lęki przed czymś tam - zaangażowaniem, miłością itd. Każdy człowiek dostaje od życia własne serce, głowę i wolną wolę i to tylko od tych składników zależy jak pokierujemy swoim istnieniem, a nie od syndromu matki, czy ojca. To przecież niedorzeczne - bo w końcu ile osób tak naprawdę wychowuje się bez patologii? I ile wśród nich jest/było genialnych umysłów? Psychologia może mówić swoje i rzecz jasna szanuję zdanie innych, ale znając pewne sytuacje z autopsji, czy z bezpośredniego doświadczenia, jestem zwyczajnie przekonana, że te wszelakie teorie odnośnie wspomnień z dzieciństwa, które ciągną się za człowiekiem przez całe życie, to jedynie marne usprawiedliwienie wszelkich potknięć i błędnie podejmowanych decyzji. Tak myślę...

A tak przy okazji- znienawidzony przez wszystkich mój osobisty geniusz - Roman Polański (żywy dowód na to, że z okrutnymi wspomnieniami z dzieciństwa można sobie poradzić), dziś znów sprawił, że mogłam powiedzieć sobie w duchu: to reżyser najwyżej klasy. Ale to tym napiszę już jutro...

Z dedykacją na jutro:

piątek, 25 czerwca 2010

POCAŁUNEK

Dokładnie pamiętam ten moment, kiedy po raz pierwszy mnie pocałował. Chyba nigdy nie czułam się tak szczęśliwa, jak wtedy - nigdy wcześniej, ani nigdy później - nawet wówczas, gdy napisał mi na plecach, że mnie kocha. Ktoś mi kiedyś powiedział, że na ten pierwszy, ale taki prawdziwy pocałunek, który pamięta się całe życie, można czekać bardzo długo, jednak jego wspomnienie zawsze będzie najfantastyczniejszą podróżą w przeszłość, jaka może spotkać człowieka. W moim przypadku tak właśnie jest.
Gdy go poznałam nie liczyło się to, co będzie później. Najważniejsza była chwila, bo to nią wtedy żyliśmy. Byłam tak szalenie zawładnięta uczuciem zakochania, że nie chciałam myśleć o przyszłości. Wtedy to nie było potrzebne i zapewne dlatego, gdy dziś myślę o maju 2 lata wstecz, zawsze ciepło się uśmiecham i myślę: dlaczego ten czas tak szybko minął.
Teraz jest inaczej - spokojniej, rozsądniej, pewniej, bez kołatania serca. Podobno zawsze tak jest, choć ja bardzo tęsknię za tym szaleństwem.
Czasem sobie myślę ile razy już przez niego płakałam - przez nas i przez te wszystkie potknięcia po drodze. Myślę sobie, że tak nie powinno być. I zastanawiam się nad przyszłością, choć wcale tego nie chcę. Oczywiście mam w głowie marzenie - nas dwoje cały czas razem za parę lat, parenaście i tak dalej... ale niekiedy brakuje tego życia chwilą...
Dziś znowu płakałam. Za bardzo go kocham i za bardzo mi go brakuje. Planowałam wspólny weekend i niespodziankę, ale niestety nic z tego nie wyjdzie. Mówi się trudno, będzie inna okazja - tylko dlaczego tak łatwo i prosto można to powiedzieć?
Dobrze, że przynajmniej wciąż chcę i pamiętam ten pierwszy, cudowny pocałunek...

środa, 19 maja 2010

...

Jest połowa maja, a ja chodzę w zimowym płaszczu, bo jest tak zimno. Tego jeszcze nie było. W przeciągu ostatniego miesiąca 2 razy dopadła mnie paskudna grypa, mimo to dzielnie pracowałam i chyba po raz pierwszy w życiu jestem z siebie dumna. Na dodatek zostałam doceniona świetną wypłatą i choć wiem, że nie będzie tak co miesiąc, to całkiem miłe uczucie być z siebie zadowolonym.
Poza pracą i licencjatami na zlecenie wciąż mało piszę, ale może po prostu musi przyjść czas oddechu? Nie wiem... Niekiedy myślę, że tylko łudzę się tym wszystkim - że tak naprawdę nigdy jakaś spokojna stabilizacja nie przyjdzie, a przynajmniej w kwestiach finansowych i to mnie przeraża. Mam prawie 25 lat, a bez pomocy rodziców nie dałabym sobie rady. To straszne. Czasem czuję, że mam 60 lat, bo martwię się tysiącem rzeczy. Po co mi to? Nie wiem czy to wina tego kraju, tej planety, czy po prostu tego życia, które zależy od rzutu monetą. Bo jak wytłumaczyć to, że młody człowiek musi wybierać między pójściem do kina, a kupieniem sobie śniadania na cały tydzień? To niesprawiedliwe. Wiem, wiem, nikt nie mówił, że będzie łatwo. A jednak czuję rozgoryczenie.
Na początku maja minęły 2 lata związku i choć nigdy nie będę kobietą, którą chciałabym być, to były dobre 2 lata. Perspektywa czasu pozwala spojrzeć na te wszystkie zdarzenia, chwile - dobre i złe, a także na wszystkie rozmowy z pewnym dystansem.Mit księcia i księżniczki z bajki został obalony, pozostała prawda, która wcale nie jest okropna, ale za to bardzo ludzka. Wiem jaki on jest, on wie, jaka jestem ja i chyba oboje wiemy, czego możemy się po sobie spodziewać, choć myślę, że wciąż udaje nam się co jakiś czas siebie zaskakiwać. To dobrze. Jest naprawdę dobrze.

piątek, 2 kwietnia 2010

O ZASKAKIWANIU SŁÓW KILKA


LINK



Ten tydzień był niesamowitą niespodzianką od przepełnionego zakłamaniem i hipokryzją świata. I muszę przyznać, że miło jest być tak zaskakiwanym, niesamowicie miło...

Po pierwsze pani Badu i 'New Amerykah part II'. Czekałam na tą płytę od 2 lat i co więcej - naprawdę w nią wierzyłam. Wbrew powszechnemu mniemaniu, nie zawiodłam się poprzednią produkcją. Była inna - to fakt. Dziwna, eksperymentalna, w liryce z naciskiem położonym na kwestie społeczno - polityczne,aż do przesady, ale nikt mi nie powie, że Erykah nie dała na niej potwierdzenia swojego talentu. Zwyczajnie w to nie uwierzę. Jednym mogła się podobać, innym nie, ale pod kątem artystycznym był to kawałek świetnej muzycznej historii. Czekałam, więc na kolejną, ale to, co usłyszałam w środę rano nie tylko powaliło na kolana, lecz wywołało również normalnie niemożliwy skok w przeszłość. Takie chwile pamięta się do końca życia...

'New Amerykah part II: Return to Ankh', to powtórka 'Baduizmu' w nowej, nieco bardziej żywiołowej wersji. Mnóstwo ciepłych brzmień, przypominających klimatycznie stary dobry soul, a nawet funk, tyle, że zupełnie nie odstający od realiów XXI wieku. Na bitach m.in. Jay, 9th Wonder i Madlib, featuringów nie ma w zasadzie żadnych i piekielnie mi się to podoba. Do tego stopnia, że gdy usłyszałam pierwsze dźwięki "Fall in love", popłakałam się ze szczęścia. Już dawno mi się to nie zdarzyło...

Każdy kawałek na płycie jest genialną perłą słów i dźwięków, zazębiających się dokładnie w tych samych momentach. I nawet jeśli chcesz doszukać się słabszej części, jakiegoś potknięcia - paskudnie się zawiedziesz, bo zwyczajnie tego nie znajdziesz. I wcale nie przesadzam. Trudno wybrać mi nawet ulubiony utwór, co w moim przypadku jest bardzo dziwne - rzadko bowiem zdarza się, żeby jakakolwiek kompilacja podobała mi się w całości i to na tym samym poziomie. A jednak... od 3 dni zasypiam i budzę się z Erykah, nucę ją w samochodzie, gdy palę papierosa w suszarni i gdy z jakiś niewyjaśnionych przyczyn, chce mi się wyć. To musi coś znaczyć, prawda? (poza tym, że mało we mnie pewności i normalności, ale o tym chyba już każdy wie doskonale :P)

Erykah jest dla mnie, jak wspomnienie dawnych czasów. Kiedy jej słucham, uśmiecham się, bo myślę o hip hopie, jakim był niegdyś. O tym, jak ważne było uczestnictwo w tym całym ruchu. Nie wiem... może to wszystko przez mój emocjonalny związek z tą kulturą i odnajdywanie się z nią w momentach zwątpienia? a moze zwyczajnie jestem zbyt sentymentalna i nie chcę stracić czegoś, co właśnie odchodzi?
Nie wiem... Ale pani Badu sprawiła, że znów uwierzyłam w siłę i magię muzyki. To coś naprawdę bardzo wyjątkowego...

Po drugie Beat Battle w Czytelni, czyli środowa impreza, po której skakałam po ścianach (w przenośni rzecz jasna).
Gdy jakiś miesiąc temu Tas zaprosił mnie do jury, nie wierzyłam, że pomysł w ogóle wypali. Wróżyłam małą frekwencję i żenujący poziom, aż wstyd się przyznać... A jak to zazwyczaj w życiu bywa - zdarzyło się coś zupełnie odwrotnego do moich wyobrażeń. Powtarzam to od środy, ale: Nie pamiętam kiedy ostatni raz bawiłam się tak dobrze na jakimś koncercie, nie mówiąc już o imprezie, zwyczajnie nie pamiętam. O hip hop nie trzeba było pytać, on po prostu był...
Przyjechali ludzie z całej Polski, którzy zaprezentowali naprawdę ciekawe produkcje. Siedziałam na kanapie z długopisem w ręku, pomiędzy Oldasem a Me?how'em (albo na odwrót) i czułam się szczęśliwa - tak na prawdziwo, jak mówi moja siostrzenica. Czułam, że w jakimś sensie jestem na odpowiednim miejscu - obok hip hopu i z nim w sercu.
Bitwę wygrał koleś ze stolicy - Zbylu, pokonując niestety mojego faworyta - Benncarta, choć zasłuzenie. Pojawiło się kilka ciekawych twarzy z jeszcze bardziej interesującymi muzycznymi tworami. Odezwę się do nich, bo - raz jeszcze to powtórzę - cudownie jest być tak zaskakiwanym.
Poza tym atmosfera sama w sobie dawała ogromny zastrzyk energii. Oldas ciągle gadał, jak to Oldas i wciąż rozśmieszał nas do łez. Me?how'a dopiero poznałam, ale zauroczyłam się jego 'pozytywnymi wibracjami'. To było bardzo miłe...

W środę El Da Sensei. I ja tam będę, teraz już na pewno nie pozwolę mu odejść :) O hip hop chodzi rzecz jasna :)

sobota, 6 marca 2010

MAYER HAWTHORNE




Miazga. Inaczej tego nazwać nie można. Pół roku temu dostałam zlinkowaną płytę "A Strange Arrangement" , do której początkowo podchodziłam bardzo sceptycznie. Z każdym dniem jednak coraz bardziej się do niej przekonywałam, jak również do jej autora. Przełom nastąpił wczoraj, gdy moje piwne oczy wykręciły się w drugą stronę po obejrzeniu jednego z klipów i opowieści pana Mayera o jego ulubionym krążku. Slam Village. To mówi samo za siebie. Zresztą... posłuchajcie sami. Soul pierwszej klasy. Hip hopu co prawda tu nie znajdziecie, ale nuty, w których się zakochacie - owszem...
Sam artysta jest bardzo ciekawą postacią z niewątpliwym pomysłem na siebie. Producent, aranżer, a przez przypadek i wokalista. Sposób w jaki mówi o płytach powala na kolana. Jak i jego pozytywne fluidy. No zwyczajnie nie da się go nie lubić. Geniusz, kurwa, geniusz!!!




Mayer Hawthorne "A Strange Arrangement"

piątek, 5 marca 2010

SZALEŃSTWO

Nie napiszę nic konstruktywnego, bo zwyczajnie oszalałam. To znaczy oszalałam już dawno, ale dziś szaleństwo muzyczne osiągnęło zenitu. Mayer Hawthorne - i wszystko jasne. Kiedy jakieś pół roku temu usłyszałam jego płytkę, pomyślałam: fajna rzecz. Dopiero dziś zobaczyłam klip - to był ten klip, który już na zawsze pozostanie w pamięci, który będzie wam się śnił, zaś jego wspomnienie sprawi, że będziecie się ciągle uśmiechać. Jutro wrzucę całą płytę do ściągnięcia i napiszę coś bardziej konkretnego. Dziś szaleje...

wtorek, 2 marca 2010

dywagacje

Jeśli macie pod ręką jakiś album Billie Holiday włączcie go teraz do dobrego sprzętu grającego (bo tylko na takim można odtwarzać rzeczy wyjątkowe). Zamknijcie oczy jeszcze zanim usłyszycie pierwszy dźwięk. Zgrzeszcie prawdziwym oddechem. Zapewne po chwili się uśmiechniecie, pomyślicie o spokoju. Wyobraźcie sobie wtedy zadymiony klub w Nowym Orleanie lat dwudziestych, przepełniony spracowanymi Afro – Amerykanami, szczerze miłującymi energię błękitnych nut. Poczujcie tą specyficzną mieszaninę zapachów, łączących w swym szaleństwie aromat tanich papierosów, dobrej wódki i perfum kobiet, których dziś się już nie spotyka.
Pozwólcie muzyce na pocałunek. Choć ten jeden, jedyny raz naprawdę bądźcie z nią sam na sam. Jakby była to jedyna rzecz, która nigdy nie straci swojego znaczenia. To największa próżność, jaką człowiek mógł stworzyć. Nie pieniądze i wszystko, co można za nie kupić. Nie seks, od którego uzależnienie trwa mniej niż jedną noc. Ale muzyka. Połączenie dźwięków ze słowami. Emocje. Bo tylko to, co jest naprawdę twoje i naprawdę wolne sprawia, że możesz patrzeć z góry na cały świat w pewnych kategoriach tego życia.
Dźwięk jest jak uśmiech. Pojawia się nagle, nie wiadomo skąd. Po prostu jest i sprawia nie małą przyjemność. Kiedy dopiero co poznajesz ten świat myślisz, że spotkania z muzyką, to zwyczajnie miła przygoda. Ale potem z niektórymi dźwiękami się zaprzyjaźniasz. Lubisz z nimi rozmawiać. I wracać do nich. Lubisz, kiedy są obok - gdy się budzisz, zasypiasz, kiedy płaczesz lub chcesz zatrzymać chwilę. Aż któregoś dnia zdajesz sobie sprawę, że to jedna z najcenniejszych i najważniejszych rzeczy, które tworzą twoją historię. Wtedy wiesz już, że to miłość.
Czasem zdarza ci się nienawidzić dźwięk, bo zmienia się za szybko, zbyt mocno i z pewnością nie na lepsze. Wybiera złą drogę. Tęsknisz wówczas niewyobrażalnie. Ale szepczesz nutom: Poczekam... wiem, że każdy czasem zbacza. Więc czekasz. Aż w końcu przychodzi taki moment - taka rozmowa z muzyką, kiedy chcesz się z nią całować nieustannie... Jesteś tylko ty i ona...
Potem pojawiają się i ludzie, którzy czują podobnie. Co prawda nie ma ich wielu, ale nie o ilość lecz zrozumienie tu chodzi. Umiesz się z nimi śmiać, to bardzo ważne.
Zresztą... trafienie na te odpowiednie osoby niekiedy zajmuje naprawdę dużo czasu. Nic na to nie poradzisz, tak po prostu jest. Kiedy jednak obok ciebie pojawi się choć jedna osoba, z którą rozmowa o czymkolwiek stanie się tak pociągająca, że będziesz chciał to robić ciągle. I co ważniejsze, będzie to ktoś, kto dobrze zna twoje ukochane dźwięki, nawet jeśli tymi dźwiękami jest melodia ciszy - będziesz wiedział, że znalazłeś w niej część siebie... I, że nie tylko to jaki jesteś, lecz również to, co robisz - rozumie ktoś jeszcze - ktoś, kto podaje ci rękę, chce wymieniać z tobą litery. Potrafi powiedzieć ci prawdę i zawsze krzyknie: nie poddawaj się. Ktoś, kto nie jest tylko jedną osobą... jest ich wiele, choć nie chcesz w to wierzyć.

Nowa płyta Ostrego zupełnie nie powaliła mnie na kolana. Wiedziałam o tym jeszcze zanim wrzuciłam ją do winampa. A szkoda, bo chyba cała Polska czekała na tą produkcję. Brakuje tu oddechu. Hip hop Adama dusi się w formie - zarówno lirycznej, jak i brzmieniowej. Zwyczajnie nie chce mi sie tego słuchać...


Z beczki pt.Zapomniane, czyli fragment książki, której zapewne nigdy nie skończę...

Gdyby świat nie powstał. I jeśli pojęcie historii, czy pamięci by nie istniało. Gdyby nie spotkanie moich rodziców. I ich niemożność życia w czymś realnie normalnym, jak dom. Gdyby nie przypadek. I gdyby nie ja. Gdyby nie ten ogromny smutek i paskudna melancholia wypełniająca moją psychikę. Gdyby nie Felix, w którym zobaczyłam siebie. Gdyby nie to, że odszedł. Gdyby nie złość. I znów smutek. Gdyby nie teatr mojej wyobraźni. Gdyby nie ty, czytający w tej chwili, jeśli rozumiesz...

wtorek, 16 lutego 2010

NIEWIEDZA

Ostatnio dzieje się tyle, że z trudem nadążam układać to wszystko w głowie. Pod koniec stycznia dostałam propozycję pracy w radiu, niestety internetowym, ale za to z prawdziwego zdarzenia - z własną siedzibą i profesjonalnym sprzętem. Cieszyłam się jak dziecko, choć rzecz jasna - o wynagrodzeniu, póki co nie było mowy. Pomyślicie, że to wybredność, bo przecież cały czas chciałam wrócić do eteru, nie ważne jakiego. Diabeł tkwi jednak w szczegółach. Podeszłam do tego bardzo poważnie. Denerwowałam się jeszcze dzień przed pierwszą audycją. Eldo i Diox zapowiedzieli się jako goście. Nie dotarli. Pomyślałam jednak, że to będzie próba - czy poradzę sobie w pojedynkę z mikrofonem i dźwiękami - znowu. Robiłam to przecież nie raz. Audycja minęła, dotrwałam do końca i choć nie byłam z tego powrotu zadowolona, coś w środku mówiło mi, że będzie dobrze. Do drugiej odsłony "Analog Girl" (bo tak nazwałam swoje 2 godziny na antenie)przygotowywałam się już na 2 dni wcześniej. Zaprosiłam Grocha, gadaliśmy o podsumowaniu roku w USA. Było miło, choć jak okazało się później - technika zawiodła. Na antenę weszliśmy po niemałych trudach z ustawieniem majka, po pół godzinie. Na dodatek wciąż zacinało kawałki, radio się buforowało - jednym słowem, lipa. Zraziłam się piekielnie, tym bardziej, że pozostawiono mnie samej sobie - zero wsparcia technicznego. Nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Rozum mówi, by rzucić to w jasną cholerę, skoro nie jest jeszcze za późno, ale serce poczuło się znów wielkie i silne. Do tego dochodzą wyjazdy, wydatki i tak dalej... a że czas studiów już minął, nie wolno mi myśleć tylko emocjami. Jestem w kropce.

Gazeta pochłania mnie bez reszty. Momentami czuję nawet, że się tym wszystkim dławię. Wiedziałam, że tak będzie, to przecież oczywiste - w końcu jestem dziennikarzem pracującym w innej sferze tematycznej, niż by chciał. Mówi się trudno, żyje się dalej. A jednak ciągle brakuje mi wewnętrznego zadowolenia z samej siebie.
Nie piszę już poza gazetą, no chyba, ze weźmiemy pod uwagę prace licencjackie na zlecenie - tych jest sporo. Ciekawe tylko, czy kiedykolwiek odważę się powiedzieć: dość!?

Apropos muzyki - znów przy niej zasypiam. To miłe móc wracać do dźwięków. Niedługo napiszę o minionych 12 miesiącach w świecie brzmień, a przynajmniej mam taką nadzieję, bo pisać jest naprawdę o czym...

A póki co pani Badu w genialnym show Russela Simonsa, prowadzonego przez mojego ulubieńca. Def Poetry proszę państwa!

piątek, 1 stycznia 2010

2010

Rok w gruncie rzeczy zakończył się pomyślnie. Podpisałam umowę o pracę w Głosie Wielkopolskim, MHH odżyło, zebrałam zamówienia na prace licencjackie i prawie wyleczyłam się z paskudnej grypy.
Minionych 12 miesięcy generalnie należy chyba do udanych etapów mojego życia, tak sądzę. Skończyłam studia, mogę napisać mgr przed nazwiskiem, mam odzwierciedlenie marzeń obok siebie, zrzuciłam 10 kg (3kg przytyłam w święta, ale to sytuacja wyjątkowa:)), a co najważniejsze - pracuję w swoim zawodzie. Niestety ciągle krążą wokół mnie obawy o pieniądze, co momentami strasznie mnie przytłacza. Czasem chciałoby się po prostu zrobić lub mieć więcej, tylko czasem... Bob wywróżył mi jednak z kart pomyślność finansową w nowym roku, więc będę się tego trzymać ;)
Postanowień jest wiele. Kilka z nich udało mi się już wdrożyć w życie, jak chociażby zwiększoną częstotliwość czytania książek. 1 stycznia sięgnęłam po "Doktora No" Ian'a Fleminga, którą to powiastkę zabrałam dzień wcześniej szanownemu Bobowi :) Czytało się to miło, szybko i przyjemnie, jak chyba każdą powieść sensacyjną, choć muszę przyznać, iż kinematografii należy się niski ukłon za wykreowanie postaci eleganckiego i szarmanckiego Bonda, który z agentem Fleminga ma naprawdę mało wspólnego. Dialogi momentami były po prostu głupawe, Bonda zaś tani, plastikowy i bez klasy, ale ogólne odczucie jak najbardziej pozytywne. Dziś zaczęłam "Alicję w krainie czarów" - ksiażkę pełną magii, przećpanych postaci i nonsensownych wątków, które zapewne uda mi się zrozumieć dopiero przy następnym spotkaniu z utworem, a jednak piekielnie fascynuje mnie ta historia...
Co do postanowień - wizyty na basenie są systematyczne, rower także, co paskudnie mnie cieszy, choć po wczorajszych i dzisiejszych zmaganiach z textami do gazety,którą właśnie składamy, basen był naprawdę niemałym wyzwaniem. Nie ma to jednak jak walka z samym sobą ;)

Najważniejszym faktem dnia jest jednak to, iż moja emanacja pierwiastka irracjonalnego, obchodzi dziś 25 urodziny. Przeżywa to strasznie, gdyż coraz bardziej odczuwa smutek z coraz szybszego upływania czasu i świadomości, że w życiu tak naprawdę niewiele można zrobić, bo trwa za krótko... W każdym razie jestem dumna, że on daje sobie radę z wszystkimi demonami i słabościami, z moimi humorami i przesadną melancholią. Żałuję tylko, że to, co mogę dziś mu dać mieści się zaledwie w jednym oddechu - to duma, radość i szczęście,miłość, którą mogę tylko odwzajemnić i powiedzieć: dziękuję...