środa, 23 grudnia 2009

on

Poznałam go przez przypadek, najzwyczajniejszy w świecie głupi zbieg okoliczności. Nie mogłam wtedy jeszcze wiedzieć, że on wszystko zmieni, poprzestawia i sprawi, że popatrzę na coś, co przecież doskonale znałam, zupełnie inaczej, a jednak...
Pewnego wieczoru zaczęliśmy po prostu rozmawiać - o muzyce, jeśli dobrze pamiętam. A potem rozmawialiśmy już ciągle. Nie wiem, kiedy straciłam dystans do niego - kiedy tak bardzo przyzwyczaiłam się do jego osoby, że nie wyobrażałam sobie, by go nie było, ale stało się... Nasze obustronne zamknięcie w sobie sprawiało, że tak doskonale się rozumieliśmy. Miałam w nim oparcie i wyobrażenie swoistego ideału zarazem. Kochały się w nim wszystkie moje koleżanki, zresztą nie było się czemu dziwić - był inteligentny, zabójczo przystojny, miał smutne oczy i pociągający głos, czy trzeba było czegoś więcej? Dla mnie był kimś, kogo chciałam mieć obok zawsze - nie jako chłopaka, obiekt pożądania, czy westchnień, ale kogoś, kto po prostu jest. Trudno mi to dziś samej sobie wytłumaczyć, bo tęsknie za tym okresem, w którym on był w moim życiu. Lubiłam myśleć o nim, jako o najlepszym przyjacielu, starszym bracie, którego zawsze chciałam mieć. Lubiłam na niego patrzeć i go słuchać, lubiłam gdy po prostu był...
Nie wiem kiedy przestaliśmy się słyszeć na wzajem - kiedy nasze historie przestały się gdzieś krzyżować. Widocznie tak musiało być, choć trudno mi zrozumieć - dlaczego? Ostatnio dużo o nim myślę i nie daje mi spokoju to, że zwyczajnie go nie ma. Pytanie - czy kiedykolwiek jeszcze wróci? albo może - czy my rzeczywiscie byliśmy przyjaciółmi? A odpowiedzi wciąż nie ma...

poniedziałek, 30 listopada 2009

BEAT STREET




Bardzo mało jest filmów fabularnych, które z ogromną trafnością i nie stereotypowością dotykają przynajmniej tych podstawowych problemów, z którymi kultura hip hopu od swych narodzin borykała się, boryka i z pewnością nadal będzie. A przede wszystkim mało jest takich, które nie kłamią. Dlatego też tym bardziej cieszę się, że w 1984 roku powstał niesamowity obraz kinematograficzny „Beat Street”, który w przeciwieństwie do wyniesionego do rangi cudu „Wild Style”, naprawdę o hip hopie opowiada. I to w sposób nie tuzinkowy.

Rzecz dzieje się zimą w latach 80. w nowojorskim Bronxie, gdzie mieszka grupa naszych bohaterów. Kenny (Guy Davis) i Lee (Robert Taylor) są braćmi, Ramon (Jon Chardiet) – ich wspólnym przyjacielem. Na zmianę uzupełniają swoje pasje związane z kulturą hip hopu, szukając w niej wyjścia, czy może raczej ucieczki od problemów życia na Bronxie, jakimi są bieda, czy brak pracy.
Kenny jest dj-em i producentem, grającym małe imprezy w swojej dzielnicy i marzącym przy tym o wielkiej karierze. Jego młodszy brat, Lee, który uosabia wszystko co niepokorne i szalone, po uszy zakochany jest w break’u, przez co ciągle ma tą czelność, by śmiać się grawitacji prosto w twarz. Nic zatem dziwnego, że powala na kolana nawet starszych kolegów, czy studentkę szkoły artystycznej. Ramon z kolei jest artystą – malarzem, ciągle rozdartym pomiędzy odpowiedzialnością, jakiej oczekują od niego rodzice i dziewczyna, z którą ma dziecko, a własnymi pragnieniami. Gdzieś między tymi trzema postaciami nieustannie przeplata się wątek Charlie’go (Leon W. Grant). Powiedziałabym, że to taki cwaniaczek z ulicy - pseudo menadżer, nigdy nie rozstający się ze swoją czarną walizką, który chce uczynić wszystkich przyjaciół sławnymi i bogatymi.
I właśnie ów pan pewnego dnia zdobywa wejściówki do klubu Roxy, a więc legendarnego już dziś klubu w Nowym Jorku, gdzie taneczne crew Lee, o wdzięcznej nazwie Beat Street, toczy batalkę ze znienawidzoną grupą, w której m.in. możemy zobaczyć Crazy Legs’a.

Kenny natomiast otrzymuje tego wieczoru propozycję zagrania u dj-a Kool Herc’a! Swoją drogą dj Kool Herc jest niesamowitym dodatkiem tego filmu. Pojawia się zaledwie w kilku scenach, jednak gwarantuję wam, że zapamiętacie go na bardzo długo. Jego unikalne, tak charakterystyczne kowbojskie stroje i specyficzny styl bycia robią ogromne wrażenie. Warto, więc zobaczyć „Beat Street” chociażby dla niego.
Niedługo po wieczorze w Roxy, podczas pogoni za malarzem nieustannie niszczącym prace Ramona, ginie on w tragicznym wypadku w metrze. I to na dodatek w tym momencie, kiedy wszystko w jego życiu zaczęło się układać – znalazł pracę, z pomocą przyjaciół wyremontował mieszkanie, by móc stworzyć tam dom dziewczynie i dziecku. I by w końcu być szczęśliwym...
Świadkiem tego zdarzenia jest Kenny. Głęboko przeżywa on śmierć przyjaciela. Mając, więc możliwość zagrania w noc sylwestrową w znanym klubie (co niewątpliwie otworzyłoby mu drzwi do kariery), pragnie przekształcić ją w pewnego rodzaju hołd złożony przyjacielowi - koncert upamiętniający jego osobę. Robi to rzecz jasna z wielkim rozmachem – telebimy ze slajdami zdjęć Ramona i jego prac, pokazy b-boy’owe, występy muzyków...
Podobnie, jak w przypadku wspomnianego już „Wild Style”, właśnie ten event zamyka film.

„Beat Street” dla każdego miłośnika hip hopu jest filmem ważnym z kilku względów. Przede wszystkim dlatego, że jako jeden z nielicznych prezentuje w zasadzie wszystkie elementy kultury hip hopu nie odseparowane od siebie, jednak stanowiące plastyczną kompozycję. Bo jeśli mamy grafficiarza malującego nocą metro, to towarzyszy mu dj, pomagający w wypełnianiu konturów. Na imprezy b-boy’owe przychodzą writerzy, skandujący nazwę ulubionej grupy, zaś całość tego koła zamyka muzyka, obecna przecież we wszystkich filarach kultury hip hopu.
Warto zobaczyć zatem „Beat Street”, by naprawdę móc poobserwować prawdziwy hip hop. Ale nie tylko... Ten film to również spotkanie z ludźmi, którzy byli obecni w tej kulturze od jej narodzin – którzy po prostu ją tworzyli. Jest tutaj Afrika Bambaataa & The Soul Sonic Force, Shango, Grand Master Melle Mel & The Furious Five, dziewczyny z zespołu Us Girls, czyli Sha-Rock, Lisa Lee oraz Debbie-D, a także Richard Sisco, Wanda Dee, Brenda Starr, The Treacherous Three.
Obok ikon muzycznych pojawiają się i mistrzowie tańca, którym zawdzięczamy rozwój i popularyzację b-boy’ingu na świecie. Występuje Fantastic Duo, Magnificent Force, New York City Breakers i – moje ulubione - Rock Steady Crew.

Mimo, iż “Beat Street” nie może pochwalić się zapierającą dech w piersiach fabułą, rodzącą z każdym kolejnym ujęciem, następne znaki zapytania. A i z oscarową grą aktorską tutaj się nie spotkamy (aczkolwiek ta jest na całkiem dobrym poziomie), ten film ogląda się z nie małym wzruszeniem i przede wszystkim – z ogromną radością rodzącą się w sercu, kiedy wspólnie z bohaterami obrazu podpinamy kable od gramofonów do ulicznych latarni lub toczymy z nimi prawdziwe taneczne bitwy w metrze. Gdy zakochujemy się w syku wypryskiwanej z puszki farby i gdy tworzymy muzykę... Rzecz jasna, jeśli powrót do Bronxu lat 80. czy to w formie muzycznej, tanecznej, czy filmowej, za każdym razem powoduje uśmiech na waszej twarzy (od czego ja nie potrafię się powstrzymać).

Dla wielu z was „Beat Street” z pewnością będzie miłym powrotem do klimatu hip hopu nie skażonego złotymi łańcuchami i nawijaniem o wielkości samochodowych felg. Wielu z pewnością przypomni sobie powód, dla którego hip hop nadal jest obecny w ich życiu. Zaś jeśli już kiedyś sięgnęliście po ten film – zróbcie to raz kolejny – wiara w tą kulturę odżyje na nowo.


Reż. Stan Lathan
Wyst. Guy Davis, Robert Taylor
Premiera: czerwiec 1984

piątek, 27 listopada 2009




„Style Wars”, to obraz z 1983 roku dokumentujący prężnie rozwijającą się we wczesnych latach 80. nowojorską scenę graffiti. Autorami tego reportażu, zrealizowanego dla stacji PBS są jej ówcześni dziennikarze, Henry Chalfant i Tony Sylver. Pierwszy z nich dziś jest znanym fotografem, zaś główną tematykę jego prac stanowi kultura hip hopu, a w szczególności break dance i graffiti. Mówi się nawet, że to „taki męski odpowiednik Marthy Cooper”, która z obiektywem uczestniczyła m.in. w akcjach Dondiego, przyczyniając się tym samym do popularyzacji tego elementu kultury hiphopowej poza jej kręgami – wśród tzw. zwykłych ludzi.

Podobne zadanie postawiono i przed „Style Wars”. Jako, że graffiti od początku swojego istnienia – od momentu pojawienia się pierwszych tagów w nowojorskim metrze, podjęło – w zasadzie nieustannie toczącą się – wojnę z organami ścigania (a tym samym od razu sklasyfikowane zostało, jako „coś złego” – „coś, z czym trzeba walczyć”), dziennikarze stacji PBS postanowili pokazać mieszkańcom Nowego Jorku nie tylko statystyki wydawanych pieniędzy na walkę z writerami, lecz zupełnie inne oblicze tych tzw. „wandali”. To swojego rodzaju próba nawiązania dialogu między racjami malarzami a argumentami osób w żaden sposób nie związanymi z graffiti.

Film nie jest jednak czarno-białą opowieścią, w której sztuka metra i ulicy zostaje wybielona, zaś MTA (Metropolitan Transit Authorities), czyli firma zarządzająca nowojorskim metrem przedstawiona, jako tzw. „bad guy”. Każda ze stron tej walki wypowiada swoje racje i właściwie tylko od widza zależy, kto rzeczywiście ową rację posiada.

Autorzy postanowili obalić jedynie mylne stereotypy przedstawiające writerów, jako bezdomnych ćpunów niszczących miejską architekturę, na walkę z którymi przeznaczane są podatki Amerykanów.

„Style Wars”, to przede wszystkim swoisty apel. To ukazanie graffiti, jako ulicznej sztuki, która narodziła się z optymizmu, niezwykłej kreatywności i buntu. To, co dla postronnych jest hiperbolizacją chuligaństwa, dla malarzy i osób w jakiś sposób z graffiti związanych stanowi rewolucje, która łączy w sobie idee i estetykę, znamiona buntu, pewnej awangardy i niezwykłego wyczucia pomiędzy możliwościami a wyobraźnią.
Dziennikarze stacji PBS stworzyli szeroką panoramę całego zjawiska, jakim graffiti na początku lat 80. stało się w Nowym Jorku, rzecz jasna z uwzględnieniem wszystkich grup, a także instytucji wplątanych we wszelkie wydarzenia z tym związane. I tak w filmie zobaczycie zarówno urzędasów, policjantów i innych przeciwników graficznej manifestacji hip hopu, rodziców writerów, a także ich samych. W dokumencie pojawia się m.in. Blade, Cap, Cey, Crash, Dez, Revolta, Zephyr, Seen, Dondi, Mare 139, Kase 2, a nawet przedstawiciele grupy b-boy’owej Rock Steady Crew. Wywiadów udzielili również Five Freddy, Goldie, Guru oraz Kool DJ Red Alert.

Fani graffiti znajdą tutaj galerie prac wybranych artystów, wideo relacje z akcji oraz zdjęcia ponad 200 najbardziej spektakularnych prac na pociągach, które dzisiaj można znaleźć jedynie w nielicznych zresztą albumach poświęconych graffiti.
Podsumowując mogę powiedzieć, że„Style Wars” jest najbardziej prawdziwym, wymownym, a zarazem urzekającym ową wymową filmem o graffiti, jaki kiedykolwiek widziałam. Jest obrazem, który obalając anonimowość malarzy, ukazuje ich artyzm, ogromne zacięcie i miłość do tej formy sztuki. Proste dialogi mówią same za siebie, zaś pewne zawstydzenie występujących w filmie osób sprawia, że czujemy do nich sympatię, chcemy im kibicować, mówić: róbcie to dalej, bo to jest to! Zaś cały problem pośrednio dotyka nas samych, gdyż łączy wszystkich ludzi mających w sobie miłość do kultury hip hopu i od tej kultury uzależnionych.

„Style Wars” przedstawia graffiti jako uznaną formę sztuki, choć zdecydowanie mniej górnolotną, czy patetyczną, niż środowisko tradycyjnych artystów – malarzy. Nie ma w tym, jakby mogło się wydawać, walki z systemem, czy pierwiastków anarchistycznych. Jedyna walka jaka toczy się podczas malowania, to ta z samym sobą – ze strachem, wewnętrznymi barierami, swoimi wartościami. Graffiti, to zmierzenie się z drzemiącymi w ludziach talentami, próba określenia swojego artyzmu, a przede wszystkim próba określenia granic swojej wyobraźni, które w przypadku tej dziedziny najczęściej zdają się po prostu nie istnieć.



Reż. Henry Chalfant, Tony Sylver
Premiera: marzec 1983

czwartek, 26 listopada 2009

PRZEBOJE I PODBOJE




„Co było pierwsze: muzyka, czy nieszczęście? Ludzi przejmują dzieci bawiące się bronią, oglądające brutalne teledyski. Martwią się, że jakaś kultura przemocy je skusi. Nikt nie przejmuje się dzieciakami słuchającymi tysięcy, dosłownie tysięcy piosenek o złamanych sercach, odrzuceniu, bólu, nieszczęściu i stracie... Czy słuchałem muzyki dlatego, że byłem nieszczęśliwy? Czy może byłem nieszczęśliwy dlatego, że słuchałem muzyki?” – właśnie tymi słowami zaczyna się jedna z kinowych perełek, nieco zapomniana niestety, choć w niesamowicie dobitny sposób o miłości do dźwięków mówiąca.

„Przeboje i podboje”, to kinowa adaptacja książki Nick’a Horby’ego, zatytułowanej „Wierność w stereo”, do sięgnięcia po którą oczywiście zachęcam was jeszcze przed obejrzeniem filmu. Ten z kolei – dam sobie rękę odciąć – zauroczy was do tego stopnia, że zapragniecie być namiętnymi zbieraczami płyt winylowych (rzecz jasna, jeśli już nimi nie jesteście) i co ważniejsze – posmakujecie muzyki z zupełnie innego talerza – muzyki, o której dziś niestety już się nie pamięta...

Rob Gordon, to trzydziesto paro letni facet na pierwszy rzut oka absolutnie niczym nie wyróżniający się spośród milionów. Nie głupi, ale też nie powalający na kolana swoją bystrością. Nie brzydki, ale i nie super przystojny. Po prostu przeciętny facet (choć trudno to sobie wyobrazić w odniesieniu do Johna Cusack’a wcielającego się w tą rolę). Kiedy ma doła nie topi smutków w tanim alkoholu. Zamiast tego rozkłada na podłodze swoją imponującą kolekcję płyt winylowych i syci nią oczy. Po kuracji bardzo troskliwie ustawia krążki na półkach, za każdym razem według innego klucza. To graniczące z fetyszyzmem przywiązanie do analogowych rarytasów nie powinno nikogo dziwić ponieważ bohater filmu jest właścicielem sklepu z płytami Championship Vinyl. Ha! I tu właśnie przeciętność znika, gdyż w grę wchodzi muzyka. Co prawda nie rap, r’n’b, czy soul lecz pop staje się motywem przewodnim wycieczki po świecie dźwięków, ale tak naprawdę mógłby to być jakikolwiek gatunek muzyczny, bo nie o kategoryzowanie przecież chodzi. Ale, do rzeczy...

Rob wraz z przyjaciółmi, którzy u niego pracują - nieśmiałym Dickiem (w tej roli Todd Louiso) i Barrym, w którego wciela się nie dający opisać się jednym tylko epitetem Jack Black, spędza czas na rozmowach o dźwiękach, kobietach i życiu. Pomimo idealnego połączenia hobby z pracą zawodową nie możemy jednak uznać Roba za wybrańca losu. Nie dość, że interes idzie kiepsko, to jeszcze jego ukochana Laura (w tej roli Iben Hjejle) właśnie oświadczyła mu bezceremonialnie, że odchodzi. Wówczas to - w przypływie złości i rozpaczy bohater wspomina pięć najgorszych rozstań swojego życia. Uwaga, uwaga - element kluczowy całego obrazu – ranking! W dużej mierze to właśnie on łączy poszczególne wątki historii Roba, a na dodatek sprawia, że czujemy się, jak słuchacze listy przebojów. Bohater wręcz myśli piątkami i dziesiątkami – „pięć najlepszych kawałków o śmierci”, „pięć wymarzonych zawodów, które chciałbym wykonywać”, ”dziesięć ulubionych artystów pop”, „pięć najlepszych kawałków z pierwszych stron płyt”. Wymieniać mogłabym jeszcze bardzo, bardzo długo...

Po rozstaniu z Laurą, Rob spotyka się z byłymi miłościami. Ma nadzieję, że pomogą mu one zrozumieć dlaczego jego kolejny związek nie przetrwał. W międzyczasie poddaje się urokowi wokalistki poznanej przez przypadek w pubie, dręczy Laurę i jej nowego chłopaka ciągłymi telefonami i coraz bardziej pogrąża się w muzyce. Tym razem jednak, to nie tylko lek na wszystkie problemy, ale i ich główna przyczyna. Rob jest maniakiem dźwięków. Nie miłośnikiem, znawcą, kolekcjonerem, czy jakkolwiek inaczej by tego nie ująć, ale zwyczajnym maniakiem! Pojmuje świat kategoriami muzyki, albo może inaczej – on po prostu muzyką myśli. Oczywiście kolekcja płyt winylowych zajmująca połowę jego mieszkania imponuje, by o sklepie, który prowadzi i jego wiedzy już nie wspomnieć, ale jak się okazuje muzyka to nie wszystko. Potrzebni są jeszcze ludzie do tworzenia wspólnych rankingów „pięciu najlepszych...”, „pięciu najgorszych...”, „pięciu ulubionych...” itd. o co w prawdziwym życiu już nie tak łatwo...

Ważną rolę w filmie odgrywają postaci drugoplanowe, jak wspomniani wcześniej Dick i Barry, nie mniejsi zresztą fanatycy czarnych wosków, co główny bohater. To właśnie dzięki nim Championship Vinyl pełni funkcje nie tylko sklepu z płytami, ale przede wszystkim centrum życia towarzyskiego. Bohaterowie poznają tutaj kobiety, dowiadują się o śmierci bliskich osób, podejmują ważne decyzje, dyskutują o muzyce. Ta z kolei pełni rolę całkiem zabawnego komentarza do ich poczynań. Wśród wykorzystanych w „Przebojach i podbojach” kompozycji znalazły się zarówno klasyczne utwory takich wykonawców jak The Kinks, The Velvet Underground, Bob Dylan, czy Stevie Wonder jak i zupełnie świeże dokonania The Beta Band, czy Stereolab. Dodatkowo w jednym z epizodów możemy obejrzeć legendę amerykańskiej muzyki rockowej Bruce’a Springsteena. Jak zatem widać – zero cukrowego popu, ale muzyka z najwyższej półki. A przede wszystkim sporo miłości do niej, choć może nie mówi się o tym dosłownie, no bo po co? Dostajecie obraz o facecie, który przed snem liczy winyle – to mówi chyba samo za siebie. Polecam!


Przeboje i podboje (High Fidelity)
Reż. Stephen Frears
Premiera: lipiec 2000
Wyst. John, Cusack, Jack Black

czwartek, 29 października 2009

...

Tęsknię za Poznaniem za dnia. Za tramwajami, hałasem i tym specyficznym zapachem miasta. Za miejscami, w których rok temu jeszcze mieszkałam, które mijałam w drodze do szkoły lub gdy z niej wracałam. Zawsze miałam gdzie pójść, usiąść, poczytać książkę. Nigdy nie byłam sama. Było miasto. Życie wydawało się wtedy jakieś łatwiejsze, milsze, ludzie byli bliżsi. Dziś nie potrafię się już nie martwić, nie narzekać, nie smucić drobnostkami.
Zapominam o muzyce. Nie mam na nią czasu. To przykre. Zawodzę siebie każdego dnia, tylko czasem czuję prawdziwe zadowolenie. Nie wiem co robić, naprawdę nie wiem...

wtorek, 20 października 2009

Obejrzałam w ten weekend dwa bardzo dobre filmy, choć w zasadzie nie - obejrzałam 2 przegenialne twory amerykańskiej kinematografii.
Po pierwsze "Wrogowie Publiczni", po których popłakałam się jak dziecko. Naprawdę dawno już żaden film nie zrobił na mnie tak ogromnego wrażenia. Historia jednego z największych przestępców minionego wieku, Johna Dillingera opowiedziana w tak zaskakujący, ciekawy sposób. Rzecz jasna nie obyło się bez pościgów i strzelanin. W końcu o to chodziło w Chicago lat 30. Jednak oglądając powalajacego wprost na kolana Johnnego Deppa chciało się stanąć gdzieś obok niego. Zepełnie jakby tamten świat miał w sobie o wiele więcej klasy i smaku niż czas, w którym dziś żyjemy. A przynajmniej tą klasę mieli ówcześni rabusie, który w eleganckich garniturach, stylowych kapeluszach i drogich płaszczach na kozaku wchodzili do banku nie dając nikomu szansy na ich powstrzymanie. Damn! Naprawdę chciałabym tam wtedy być. No i wątek miłosny jak z bajki, choś równocześnie jak najbardziej prawdziwy. Cały czas myślałam sobie, że taka miłość się nie zdarza, że przecież nie można tak kogoś kochać, a przynajmniej nie tak bardzo. A jednak... Michael Mann po raz kolejny pokazał, że filmy w jego wykonaniu to dzieła mądre i zabawne zarazem, ciekawe w fabule, atrakcyjne w formie wizualnej, przede wszystkim jednak - ważne społecznie. Jeśli tylko będą wyświetlać "Wrogów Publicznych" w moim małym, prowincjonalnym kinie, muszę to zobaczyć. Wierzę, że magia ekranu nada mu jeszcze więcej klasy...

Po drugie "Watchman", czyli jak dla mnie geniusz komiksu. No po prostu kurwa geniusz. Bardzo brudny, ponury, z dość pesymistyczną wizją społeczeństwa, przez co niesamowicie szczery, autentyczny. Film stawia mnóstwo pytań moralnych, mówi o kwestiach człowieczeństwa i zezwierzęceniu ludzi. Wydaje się być tak prawdziwy, że cały czas myślę jego kategoriami. Niewiele obrazów to potrafi... Poza tym znalazłam tu swojego nowego ulubieńca komiksowego
-

poniedziałek, 5 października 2009

ZWIĄZKI

Często ostatnio myślę o tym, co łączy ludzi ze sobą. I bynajmniej nie chodzi mi tutaj tylko o związki damsko - męskie, ale ogólne korelacje. Jaka jest bowiem szansa na to, że ktoś może cię zrozumieć. Ktoś może pomóc. Powiedzieć coś miłego. Coraz mniej w ludziach grzeczności i szacunku do drugiego człowieka, a przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie. Każdy stoi przy swoim. I dba o swoje. A drugi człowiek jest jak gwiazda w zupełnie innym układzie planetarnym.
Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nie mam przyjaciół, rzecz jasna oprócz Szu, który jest dla mnie kilkoma postaciami związkowymi w jednym. Dużo w tym mojej winy, to zrozumiałe. Gdy ktoś zawiedzie wyrzucam go z życia, albo przynajmniej diametralnie zmieniam do tej osoby swój stosunek. Nie umiem nie pamiętać. Paradoksalnie - bardzo brakuje mi ludzi, którzy byli kiedyś. Tęsknię za tym zaangażowaniem i rozmową o niczym. Za przeświadczeniem, że jest ktoś, kto chce z tobą być, nawet jeśli bycie ma polegać na milczeniu.
Zasadnicze pytanie brzmi jednak - czy kiedykolwiek będę umiała jeszcze być z kimś w takim związku, jakim jest przyjaźń albo przynajmniej bardzo dobre koleżeństwo? Potraficie mi na nie odpowiedzieć?

czwartek, 10 września 2009

umieranie

Życie z osobą uzależnioną, jest jak przebywanie w komorze gazowej, którą jakiś nazista bawi się w zależności od pogody. Włącza gaz, potem wyłącza i znów włącza, tym razem na dłużej, albo krócej, uzasadnienie nie musi mieć sensu. Po prostu umierasz, jak banalnie by to nie zabrzmiało. Trwa to zazwyczaj całe życie, albo przynajmniej okres wspólnego współżycia, czyli prawie cały okres twojej egzystencji. Najpierw umiera serce, potem głowa wraz z nadzieją na zmianę, na końcu wreszcie dusza, pozostaje tylko ciało...
Boje się, że moja śmierć jest bardzo blisko

środa, 22 lipca 2009

Najsmutniejszy jest moment, w którym bliska osoba zarzuca ci, że jednym słowem - masz ją gdzieś. Że uważasz ją za zero, że nie pomagasz, że nie zapytasz, że cokolwiek... A ona przecież tak dużo dla ciebie zrobiła, a ty nie umiesz tego docenić. Być może pewni ludzie wiedzą co kryje się w głowach innych osób, ale ta bliska mi osoba zupełnie nie trafnie prześwietliła moją. Jej jest przykro, mi jest przykro i co dalej? Życie nie jest sprawiedliwe - tak mi powiedziała. Myślała, że o tym nie wiem, że żyje sobie w sielance, bez zmartwień i obaw o jutro, bo czymże są moje kłopoty wobec jej problemów? A przecież nie wolno porównywać ludzi, poprzez pryzmat tego ile czego mają lub nie mają, jakie szkoły ukończyli, albo nie. Dlaczego ona o tym nie wie?
Może ja faktycznie robię coś źle, może czegoś nie widzę, a coś innego przewartościowuje, może dużo w tym konflikcie mojej winy, tylko dlaczego nie usłyszę o niej wprost? o tym co z mojej strony jest nie tak? Czasem tak trudno zauważyć przecież właściwą stronę...

wtorek, 14 lipca 2009

good day

Pracuję. I jest to jedna z najlepszych rzeczy, jakie mi się ostatnio przytrafiły. Tym bardziej, że piszę, spotykam się z ludźmi i nie muszę spędzać 8 godzin w jednym miejscu. Zostałam w zawodzie i choć na razie marne z tego będą pieniądze, jestem z siebie naprawdę bardzo dumna. Ostatnio czuję w sobie ogromne szczęscie - z miłosci, spełnienia, moze trochę ludzi obok brakuje, ale staram sie nadrabiać czas samotnikowania na siłę. Wierzę, że dobre czasy przyjaźni wrócą :)
MHH wyjdzie dopiero po wakacjach - takie właśnie są efekty czytelnictwa prasy muzycznej (czy raczej jego braku) w naszym kraju. To cholernie przygnębiające, no bo niby skąd wziąć siłe do wiary w muzykę, skoro nikt już nie wierzy. Być idealistą? marzycielem? czy po prostu głupcem? My - ludzie, dla których hip hop jest elementem serca zawsze będziemy pamiętać, czuć i oddychać tą kulturą, ale świat idzie przecież do przodu, kolejne pokolenia słuchaczy dorastają, rodzą się jakieś dzikie nurty muzyczne. I tak sobie myślę - co dziś ma być powinnością dziennikarza? zmuszanie? przekonywanie do kochania czarnych, tłustych brzmień? A z drugiej strony ile razy serce ma pękać z powodu obojętności potencjalnego odbiorcy?
Ja wierzę, że hip hop się obroni. Boję się tylko, jak bardzo w czasie tej obrony się zmieni i ile ofiar poniesie...

czwartek, 9 lipca 2009

BAJKI

Obejrzałam dziś "Alicję w Krainie Czarów", starą przepiękną diney'owską opowiastkę o obawie przed uciekającym czasem. I pomyślałam sobie, że to zadziwiające jak wytwory popkultury starsze od nas samych, a nawet od naszych rodziców nadal potrafią wywoływać tak szczere emocje i wzruszać swoją mądrością. Swoją drogą mam taką teorię odnośnie autorów bajek, którzy stworzyli i nadal tworzą wszystkie te dzieła nie po to, by opowiadać dzieciom w prostej formie o rzeczach ważnych, zapewniając im tym samym rozrywkę, lecz po to, by samemu starać się zrozumieć to, czego się obawiają, przed czym uciekają lub do czego chcieliby wrócic. Dorośli nie chcą być przecież dorosłymi, każdy boi się upływu czasu, zaś kolorowe, zabawne, a tym samym nierealne postaci choć przez chwilę pozwalają nam poczuć ulgę w świecie ciągłego strachu.
Wracajac do "Alicji..." - naprawdę trudno jest mi wyobrazić sobie zrozumienie tej historii ze strony dziecka. Dużo tu filozofii, dużo przećpanych motywów z negatywnym wydźwiękiem, a jednak oszalałam przez prawdę tu zawartą.... uwierzycie? Miło jest znajdywać dziś prawdę, nawet taką, po której nie czujemy się wcale lepiej...

środa, 8 lipca 2009

FOREIGN EXCHANGE

Duet Phonte i Nicolay'a jest z mojej strony potwierdzeniem tego, że muzyka nie ma prawa się znudzić :)
Od roku 2004, kiedy to pierwszy wspólny projekt Foreign Exchange zatytułowany "Connected" ujrzał światło dzienne, moje muzyczne serce i głowa zadłużona jest po uszy w obu tych panach. I nie ma tutaj co rozdzielać takiej perełki na warstwy dźwiękowe i liryczne, gdyż obie są genialne i rzeczywiście trudno było by mi wyobrazić sobie bardziej idealne połączenie mądrego rapu z subtelnym jazz-soulem w tak nie banalnych aranżacjach.
Całkiem niedawno dorwałam wersje koncertową wariacji pierwszej, jak i drugiej płyty tego duetu - "Leave It All Behind" (która tak na marginesie jest dużo bardziej spokojniejsza i dość wyraźnie odchodząca od rapu na rzecz nu-soulu, co zresztą wyśmienicie panom Nicolay'owi i Phonte się udaje, dzięki czemu - idąc dalej - szczerze uważam ją za najlepszy album roku 2008). Ale wracając do rzeczy... kiedy dźwięki mistrzowskiego Foreign Exchange w wersji koncertowej po raz pierwszy wypełniły moją nutową rzeczywistość, nie dość, że znów oszalałam przez muzykę, to moim ogromnym marzeniem stał się taki właśnie kameralny koncert Nicolay'a i Phonte (poproszę o to Świętego Mikołaja :)) A, że dość rzadko dzisiaj muzyka potrafi tak oczarowywać (NIESTETY!) postanowiłam się podzielić z tymi czarami :)

(bo pocałunków z muzyką nigdy za wiele)

Zatem... A Meg's joint



















wtorek, 30 czerwca 2009

...

Kiedy byłam małą dziewczynką myślałam, że dorosłość będzie spełnieniem marzeń. Pisanie książek, podróżowanie, sława, pieniądze - wszystko to było równie oczywiste, jak uśmiech niewinnego dziecka. Dziś jestem dorosła, a żadne z dziecięcych marzeń nie znalazło swojego potwierdzenia w realnym świecie. Być może to kwestia siły, wiary, albo szczęścia, sama nie wiem... Być może za mało chcę i pragnę, by to wszystko mogło się spełnić. Ale będę próbować, nie przestanę...

Moją głowę znów wypełnia złość wobec tego, jak wyglądam. I znów tak cholernie mi z tym źle. I przykro. I wstyd, cholernie mi wstyd, tym bardziej przed Bartkiem, bo wiem, że mnie kocha...
Muszę znaleźć w sobie dużo siły, by w końcu zacząć z tym walczyć, tylko skąd ją wziąć? Nie zdajecie sobie sprawy jakie to dla mnie trudne...

Napisałam dziś coś dobrego. I sprawiło mi to dużo radości. To będzie chyba trochę historia o mnie, ale tylko trochę, by pogodzić się z pewnymi rzeczami funkcjonującymi w moim życiu. Pisanie to całkiem dobry sposób :) Nie wolno mi tylko o tym zapominać!
Zasypiałam wczoraj ze słuchawkami w uszach, a że dawno już tego nie robiłam, było to fantastyczne doświadczenie. Kolejne, albo raczej powtórne. Czasem, nie wiem dlaczego, zapominam o tym, co sprawia mi prawdziwą, nie - materialną przyjemność, taką intelektualną, emocjonalną przyjemność. Nie wolno o tym zapominać... w gruncie rzeczy tylko miłość ma większą moc wpływania na ludzkie samopoczucie...

Tak, więc uśmiech :)

poniedziałek, 29 czerwca 2009

A SPIKE LEE JOINT

Niektórzy twierdzą, że kino nie potrafi już opowiadać o rzeczach ważnych i mądrych, dając przy tym człowiekowi zastrzyk rozrywki. Dla niektórych kino na zawsze pozostanie tylko i wyłącznie wytworem popkultury. Niektórzy są prawdziwymi idiotami.

Nie pamiętam pierwszego filmu Spike'a Lee, w którym zakochałam się po same uszy. Każdy pozostawił jednak niemały ślad w sferze moich emocji, potwierdzając tym samym geniusz tego reżysera - pierwszego czarnego, który wywalczył sobie całkowitą swobodę twórczą w Hollywood.
"Cud w St. Anna" jest obrazem jednak zupełnie innym od dotychczasowych projektów pana Lee, aczkolwiek elementy humoru nie pozostawiają wątpliwości, co do autorstwa filmu.
Rzecz dzieje się we Włoszech, pod koniec II wojny światowej i dotyczy eksperymentalnej kompanii Afro-Amerykanów walczącej z nazistami, a ściślej mówiąc - czwórki żołnierzy z tej formacji, którym udaje się przeżyć. Największy spośród z nich, nazywany przez przypadkowo spotkanego włoskiego chłopca - czekoladowym gigantem, nosi przy sobie głowę jednej z rzeźb legendarnego mostu we Florencji. Co chwilę pociera tę głowę wierząc, iż przyniesie mu to szczęście i uchroni przed świszczącymi kulami. To dość zabawne, choć jak okaże się później, będzie to element łączący siły życia i śmierci, wytrwałości, ideałów a także marzeń.
Czwórka ocalałych żołnierzy znajduje schronienie w małej wiosce. Przy okazji dochodzi tam do konfrontacji z włoskimi partyzantami, w efekcie czego większość mieszkańców, łącznie z czarnymi żołnierzami, zostaje wymordowana przez Niemców. Tylko jednemu z obrońców kraju udaje się przeżyć...

Oczywiście Spike Lee nie byłby Spike'm Lee, gdyby nie oparł fabuły filmu na problemach rasowych. Pomyślicie zapewne - ile można! A jednak... I ta lekcja małej moralności w wykonaniu pana Lee jak zwykle sięga geniuszu, banalności tu nie znajdziecie.
"Cud w St. Anna" to film smutny, a co za tym idzie - niesamowicie piękny, choć zarazem mocny, z małymi dotykami subtelności. Dużo tutaj tak charakterystycznego dla Spike'a Lee humoru, ale mnóstwo też prawdziwie głębokich i szczerych emocji, gorzkich łez, wielkich zawodów ducha.
Jednym słowem mówiąc - "a Spike Lee joint..."

Film zapewne nie ukaże się w Polsce ani w kinach, ani nawet w werscji DVD, więc jeżeli z piractwem jesteście za pan brat, poczekajcie 70 sekund w kolejce do rapidshare.

czwartek, 25 czerwca 2009

MOS DEF

"The Ecstatic" jest płytą, która z pewnością was zauroczy, oczywiście jeśli ceniliście dotychczasową twórczość Mos Defa. W innym przypadku, zwrócicie uwagę jedynie na parę kawałków. Najgorsza opcja mówi zaś o całkowitym odrzuceniu. Napisałam zresztą kiedyś o Mos Defie, że jest jedynym z tych artystów, w których człowiek albo zakochuje się od pierwszego zasłuchania, albo od razu skreśla go z listy jakichkolwiek wartościowych graczy. Ja rzecz jasna należę do grupy numer 2, czyli tzw. maniaków :D
Wracając, więc do sedna postu (jak zabawnie to brzmi:)), najnowsza pozycja w dyskografii mojego ulubieńca, która nie tak dawno ujrzała światło dzienne, to nie do końca typowy Mos Def, który zapewne przyzwyczaił was do trudnych, ciężko wpadających w ucho rytmów i rymów zarazem (swoją drogą nie bez powodu wpisuje się on w nurt hip hopu alternatywnego; trudność w jego odbiorze w dużej mierze zależy bowiem od inteligencji muzycznej odbiorcy i jego otwartości wobec innych brzmień - tak sądzę :)).
Na "The Ecstatic" reprezentant Brooklyn'u zaskakuje swoją dojrzałością. Kawałki gościnne, jak chociażby "Auditiorium", gdzie na featuringu pojawia się Slick Rick, czy "Roses" wzbogacony o wokal Georgia Anne Muldrow, uderzają ciekawymi rozwiązaniami w zabawie dźwiękiem i przede wszystkim - mądrym, niezwykłym tekstem (o dziwo - który zrozumiałam :)). Jest technika, eksperymenty głosowe, jest różnorodność, o którą dzisiejsza muzyka błaga przecież na kolanach. Słowo i nuty tworzą tutaj kompozycje pozbawione nudy, przepełnione zaś miłością do tej niematerialnej sztuki, jaką jest muzyka.
Momentami jest dziwnie, ale to chyba kolejny fetysz, do którego Mos Def zdążył nas już przyzwyczaić. Bity co prawda nie powalają na kolana, no może poza utworami opartymi na tradycyjnym instrumentaliźmie. Zaskakuje za to ich aranżacja z wokalami, niekiedy zabawne wręcz zestawienia powagi i uśmiechu (w odniesieniu do skontrastowanych dźwięków i liryki), czego efektem zapewne stało się zebranie na płycie produkcji kilku beatmakerów (Oh No, Chad Hugo, Madlib, Preservation, Mr. Flash, Georgia Anne Muldrow, J - Dilla, w jednym kawąłku pojawia się sam autor, tym razem w roli producenta rzecz jasna). Dostajemy sałatkę niesamowitych wariacji, co prawda zupełnie nie klasycznych, lecz w moim mniemaniu - przykładnych w odniesieniu do kierunku alternatywnego hip hopu.
W Mos Defie dużo jest artyzmu, ale też i sporo prostoty. Jedna wielka sprzeczność tworząca jego fenomen.

środa, 17 czerwca 2009

Hope

Skończyłam studia. I jest to jeden z najbardziej przerażających faktów, jakie w ciągu ostatnich kilku lat zostały w moim życiu zakomunikowane. A jako, że należę do osób, którym ciężko jest wracać do odkładanych rzeczy, tym bardziej przytłacza mnie fakt, że nie zdążę obronić magisterki przed absolutorium, co jest równoznaczne z obroną we wrześniu, albo jeszcze później. Boję się, że zawalę...
Intensywnie szukam pracy. Póki co na nic sensownego się nie natknęła. Co gorsze - nie ma dnia, bym nie układała w głowie czarnych scenariuszy, bym nie bała się, jak to dla mojej głowy może się skończyć, a także dla ludzi, którzy są wokół. Chyba nie dojrzałam do dorosłości...
Mam jednak szczęśliwe serce i to właśnie stawia mnie do pionu. Jeszcze milsze jest to, że w końcu nie boję się o tym szczęściu marzyć, nie boję się planować i nie chcę się przed nim zamykać. Czuję, że mam obok siebie przyjaciela i chyba miłość życia zarazem, choć brzmi to jak tekst z niezbyt dobrego melodramatu (jakby melodramaty były dobre:)). Zwyczajnie czuję, że mam obok siebie prawdziwy skarb... :):):)
Wyleczyłam się z marazmu pisarskiego, oł je! I wybrałam już nawet konkursy literackie, w których muszę! wziąć udział. Mam w głowie kilka historii, a także nowe patenty do wykorzystania w "Opowieści o tym, co tu dzieje się naprawdę" - moim największym dziele :), które mam nadzieję skończę przed śmiercią :)
Są nowe książki i filmy (w piątek na dodatek Noc Kina, na co ciesze się jak dziecko). Wracam do klasyki, serce mi rośnie i gdyby nie ten lęk o przyszłość, gdyby nie dom i wszystko, co w nim się dzieje, gdyby nie odpowiedzialność za Matiego, byłabym naprawdę najszczęśliwszą dziewczyną na świecie...
Co do muzyki - Mos Def oczywiście :) no i jeszcze parę innych dźwiękowych bombek, ale o tym opowiem wam jutro :)

wtorek, 2 czerwca 2009

sounds like love

Kiedy myślę o muzyce bardzo często się złoszczę. Bo przecież zawsze boli, gdy ukochane pragnienia nas zawodzą, wybierają złą drogą, pakują się w tarapaty. A, że złością reaguje na wiele niechcianych zjawisk, również na strach, no to się złoszczę :)
Trudno jest mi mówić o dźwiękach bez jakichkolwiek emocji, zresztą byłoby to dość dziwne, zważywszy na fakt ogromnej roli, jaką pełnią w moim życiu. Czasem myślę, że tylko to mam - uśmiechy zamknięte w mojej głowie powstałe w wyniku spotkań z muzą (Euterpe, tak myślę :)), uwalniane za każdym razem, gdy udaje im się na nowo mnie zaskoczyć. Oczywiście ciągle powstają nowe - jedne są weselsze, inne nieco wymuszone, wszystkie jednak pozwalają mi nadal wierzyć w tą muzyczną rzeczywistość, w której istniejemy. A nie jest to łatwe, uwierzcie... Jako, ze sprzeczność od zawsze konstruowała zjawiska, które człowiek potrafił umiłować nad życie - dźwięki równie skutecznie, jak uszczęśliwiać, potrafią zabijać duszę i wszystko to, co w ludziach najpiękniejsze. Jeśli wybierzecie nuty złowrogie, one sukcesywnie zatrują waszą wrażliwość do tego stopnia, że zapomnicie już, co można określić mianem wartości w muzyce. Najtrudniej jednak pielęgnować te dźwięki, które są najcenniejsze - nazywają się "wolnością", choć każdy chce je zamknąć w nieprzenikalnej formie...

sobota, 30 maja 2009

Imieniny minęły tak, że pan dentysta wyrwał mi 3 zęby!Do teraz czuję ból, na miejscu byłoby więc wznieść ręce do nieba i podziękować za tabletki przeciwbólowe. Ostatnio odkryłam, że jestem w tej dziedzinie specjalistką. Próbowałam już chyba wszystkiego, co dostępne jest bez recepty i to w tak dużych ilościach, że chyba nic mnie nie powali do końca życia. Czasem nawet miło jest się znieczulić i choć na chwilę zobojętnieć na wszystko, co nas otacza, nie przesadzając oczywiście... bo najlepszym znieczuleniem i tak zawsze będzie dźwięk...

środa, 20 maja 2009

KOMIKSY

"... czytałem Spidermana, tam był Venom, czytałem to wciąż, cały dzień. Myślałeś, że skąd wziął się VNM?"

Mam do siebie ogromny żal o to, że nie czytałam nigdy komiksów. Dopiero teraz to wychodzi, gdy w wieku 23 lat jaram się jak dziecko kreskówkowymi bohaterami, niestety póki co - tylko w filmowych i animowanych adaptacjach. Świat tych niby tak dalekich, nierealnych historii, odwiecznych dylematów - po której stanąć stronie - dobra, czy zła? i przede wszystkim wiary w nadzieję, wolność i ludzkie pragnienia, które potrafią dokonać rzeczy wielkich jest dla mnie jak narkotyk. Serio. Wszystkie postaci, które stały się dziś już symbolem popkultury, ich przygody, rozterki, fantastycznie skonstruowane wątki, z każdą chwilą wciągają mnie coraz bardziej. Czytam o różnych postaciach, ich losach, doświadczeniach, dowiaduje się o sieciach powiązań między nimi i autentycznie czuje się jak dziecko. Aż zachciało mi się znów rysować :)
Venom rzeczywiście jest swietną postacią. Co prawda na razie dotarłam do momentu, w którym jest on demoniczny i zły, ale wiem, że w końcu i tak przejdzie na stronę dobra. Najciekawszy pozostaje jednak Joker. Być może przez film, choć pewnie to przede wszystkim zło i pewna specyfika kusi mnie tak szalenie. Co będzie dalej? Nie wiem... ale czuje się fantastycznie radosna, zupełnie jak dziecko.

poniedziałek, 18 maja 2009

PANI URBANIAK

Moje uwielbienie w stosunku do Miki Urbaniak w zasadzie nikogo nie powinno dziwić, zważywszy przynajmniej na dwie kwestie:
  • jest córką najpiękniejszej i najwybitniejszej zresztą pary (moim zdaniem rzecz jasna) polskiej sceny muzycznej - córką moich przenajwiększych ulubieńców, czyli Michała Urbaniaka i Uli Dudziak (a to już przecież do swoistego geniuszu muzycznego zobowiązuje, no nie? :))
  • po drugie co ważniejsze - jest córką muzyka, który był uczniem mistrza jazzu (tak na marginesie, to piekielnie smutne, że tylko 20% Polaków - i to w zaokrągleniu jeszcze! - wie i docenia fakt współpracy oraz przyjaźni Urbanatora z Miles'em Davis'em, czego owocem zresztą stała się płyta "TUTU" [szczerze uśmiecham się, gdy myślę o tej produkcji]

Tak naprawdę Mike Urbaniak poznałam jeszcze za czasów podstawówki. Pamiętam, że zrobiła wtedy kawałek ze Wzgórzem do "Spony", ekranizacji "Sposobu na Alcybiadesa". I choć spektakularnym sukcesem tej produkcji nazwać nie
było można , Mika od razu zaskarbiła sobie u mnie ogromne pola sympatii. Zapewne chodziło o jej korzenie, choć trudno mi dziś to wytłumaczyć. Być może to przez fakt, że moja edukacja muzyczna zaczęła się od jazzu i twórczości wspomnienej wyżej pary. Widocznie świadomość, że ich córka również zahacza o świat nut, głęboko wyryła się w pokładach mojego dobrego smaku, co z kolei dalej zaowocowało penym uwielbieniem. Tak, czy siak, kiedy już znacznie później słuchałam Miki na wspólnych projektach ze Smolikiem (co notabene idealnie trafiało w moje muzyczne preferencje), nigdy nie spodziewałam się, że zaskoczy mnie kiedyś dźwiękiem tak, że wprost zabraknie mi tchu. Zrobiła to płytą "Closer" - perłą muzyczną w pełni tego słowa znaczeniu. Naprawdę dawno już nie słyszałam muzyki tak przepięknie wolnej - tak szalonej, swobodnej... muzyki, która zwyczajnie żyje, której moda nie chce zamykać w określone konwencje, czy formy... muzyki, która nie powiela schematów, która nie naśladuje... która do jasnej cholery - po prostu jest sobą!
Wiele osób zarzuca Mice śpiewanie nie - po polskiemu :) i oczywiście miło by było posłuchać rodzimych tekstów w jej wykonaniu, jednak nie oszukujmy się - dziewczyna, która 3/4 życia spędziła w Nowym Jorku i której rodzice odrzuceni muzycznie przez swoją ojczyznę, chronili dzieci przed podobnym rozczarowaniem, zwyczajnie kiepsko brzmiałaby podczas kaleczenia języka, z którym bądź, co bądź - łączy ją niewiele.
"Closer" to prześwietne, mocno zróżnicowane klimatem oraz gatunkiem kompozycje muzyczne, które je się równie szybko i chętnie, jak mleczną czekoladę lub raczej lody z bitą śmietaną. Do tego dochodzą wyśmienite zbiory słów (co prawda na razie część z nich tylko rozumiem, ale z zaufanych źródeł wiem, że są wyśmienite :)) i genialna zabawa barwą głosu, jego skalą. W końcu czyż nie z tego najbardziej znana jest pani mama? :)
Nie potrafię zebrać w jedną kupę tej radości, którą dała mi płyta "Closer". Ani nawet tej satysfakcji spowodowanej wiarą w młodą panią Urbaniak. Bo wiem, że poszła dobrą drogą - co ważniejsze - wiem, że nadal będzie nią szła...

niedziela, 17 maja 2009

...

Ostatni tydzień był jak bajka. Spanie do dziesiątej, pomieszkiwanie z ukochanym mężczyzną, małe niespodzianki, rozpieszczanie się drobnostkami - wszystko to było naprawdę przecudownym prezentem na tzw. pierwszą okrągłą rocznicę bycia razem - rok (choć zdaję sobie sprawę z tego, że brzmi to strasznie trywialnie).
Brak przyzwyczajenia, ale za to ogromne szczęście z oddechu obok, dokonującego się w takim samym tempie, co mój...
Przez wiele lat przeceniałam wiele rzeczy i zjawisk nad miłość, co śmieszniejsze - będąc wówczas w długich i pozornie mocnych - prawdziwych związkach, a jednak dopiero teraz czuję wolność i radość. Nazwanie tej wewnętrznej ekstazy mianem "fantastycznej" to nawet nie jedna milionowa emocji, które wciąż tworzą uśmiech na mojej twarzy. I które wciąż pozwalają mi żyć...

Wracając do bardziej przyziemnych rzeczy - piątkowy koncert Piha pozytywnie mnie zaskoczył. Z góry założyłam, że natkniemy się na tłum małolatów zabijających się w kolejce o piwo (jak to miało miejsce w przypadku ostatniego koncertu Elda), a tymczasem było przesympatycznie wręcz. Peja co prawda spierdolił kawałek z Pihem, gubiąc się zupełnie w tekście, ale za to ten pierwszy pokazał, że scenicznie dorównuje mu mało osób w Polsce. Pomimo kiepskiego "akustyka" brzmiał genialnie.Doświadczenie robi jednak swoje.
VNM, którego w końcu udało mi się poznać przekonał mnie swoją nieśmiałością i skromnością. Polubiliśmy się chyba 'tak po prostu'. Piekielnie cieszą mnie takie spotkania. No i zagadka cerberowych bitów została rozwiązana, ha! (oczywiście cichosza :))
Do Szu wracałam już bez korków. Kolano niestety dało o sobie znać :( Poza tym małym nie komfortem - to było kolejne bardzo miłe muzyczne doświadczenie...


p.s A o pani Mice, która powaliła mnie na kolana opowiem wam jutro:)

czwartek, 7 maja 2009

NA NOWO

Wydaje mi się, że od pewnego czasu stoję w miejscu. Poza rutynowymi czynnościami piśmienniczymi, jak przygotowywanie kolejnych recenzji do MHH, wywiadów i artykułów, pisaniu różnorakich prac na tzw. "zlecenie" nie robię nic - w sensie pisania sama dla siebie. To przykre. Postanowiłam, więc zmienić choć maleńką cząstkę tej nicości - stąd nowy blog. Zresztą moje zamiłowanie do świata dźwięków prędzej, czy później i tak by mnie tu zaprowadziło. Zatem... zacznijmy na nowo :)

Jestem Meg. Dużo gadam, mało robię, choć może nie - gadam też mało :) Taki to już wewnętrzny pustelnik ze mnie. Za 2 miesiące będę pełnoprawnym, utytułowanym magistrem dziennikarstwa, choć w dzisiejszym świecie to zdaje się zupełnie nic nie znaczyć, niestety... Nie wiem dlaczego, ale pomimo wszelkich obaw, że się nie uda i zostanę skazana na pracę w spożywczaku, głęboko wierzę, że się uda i... moje książki, a nie tylko gazeta, do które pisuję, rzeczywiście będą kiedyś stały na pułce w Empiku. To ważne, by wierzyć...
Lubię robić przeróżne rzeczy, na które teoretycznie nie mam czasu i których robić nie powinnam, np. jeść lody śmietankowe z moim chłopakiem (na to drugie chce i mam czas gwoli ścisłości). Albo oglądać po nocach filmy, które nigdy się nie nudzą. I pić piwo z butelki, no i parę innych takich niby mało ważnych rzeczy - lubię. Kiedyś wam jeszcze o tym opowiem...